Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
piątek, 19 sierpnia 2011
Zdrowy podwieczorek - ciasteczka owsiane

Wciąż szukam pomysłów na drugie śniadania i podwieczorki dla Radka, prostych, dobrych i zdrowych. Wczoraj wypróbowałam ciacha (uwaga - są lepsze na drugi dzień!):

- szklanka płatków owsianych górskich,

- szklanka mąki pszennej razowej,

- szklanka bakalii (dałam rodzynki, żurawinę, posiekane daktyle, podprażony słonecznik i sezam, sporą szczyptę maku, krótko mówiąc co się nawinęło;)),

- kilka łyżek masła (klarowanego w wersji dla niemlecznych),

- kilka łyżek miodu,

- kilka łyżek ciepłej wody,

- pół łyżeczki sody,

- szczypta przyprawy piernikowej.

Zmieszałam suche i mokre składniki osobno, potem połączyłam, wymieszałam, dodałam mokrych, bo "ciasto" było odrobinę za suche. Formowałam kulki, które rozpłaszczałam na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Piekłam ok. kwadransa w 180 stopniach.

Miało być dla Radka na przekąskę, a wyszło jak zwykle, czyli nic nie zostało;) Znaczy, że smaczne.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Skinheadzik

Radzik ma za sobą pierwsze postrzyżyny. A właściwie to my je za sobą mamy;)

Wyszło na gorąco, rano pomysł, po południu realizacja. Wszystko odbyło się w krzesełku do karmienia przy akompaniamencie głośnej muzyki (dobrze zagłusza maszynkę). Fryzjerami byliśmy oboje z mężem, co przyniosło nieco szkód (patrz: strzyżenie dwiema różnymi długościami tego samego miejsca na głowie), ale udało się. Radzik w swoich nowych 6 (miejscami 3) milimetrach wygląda bardzo dojrzale, dorośle i całkiem przystojnie, gdyż podkreślają one jego ogromne węgielkowe oczy, ach;)

Przez chwilę zastanowiłam się nad zachowaniem małej kępki wystrzyżonych kłaczków, jednak pomysł ten wydał mi się równie dobry co obrzydliwy, więc za namowami męża, pamiątkowe włosię spłynęło do kanalizacji. A kysz, tradycjo;)

sobota, 13 sierpnia 2011
One lovely blog award czyli trochę o mnie i trochę niepoważnie

Zostałam klepnięta przez Ol_enę, do której bloga mają dostęp tylko nieliczni (żałujcie;)), w ciekawej blogowej zabawie One lovely blog award.



Zgodnie z zasadami mam wpisać tu 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie. Aż 7! W przypadku tak ekstrawertycznej osoby to niemal niemożliwe, ale postaram się;)

1) Jestem skończoną choleryczką. Nie mogę się nadziwić, gdy czytam, że ktoś uważa moje forumowe posty za wyważone i stonowane. Sądzę, że wiedząc o swojej wściekłej naturze i predyspozycjach, staram się dwa razy pomyśleć i ochłonąć zanim coś wypalę. W większości przypadków przynajmniej;)

2) Mam fisia na punkcie języka polskiego. Nie znoszę, gdy ktoś robi błędy. Gdy sama strzelę byka publicznie, prześladuje mnie to miesiącami. Obudzona w środku nocy jestem w stanie wymienić większość swoich stylistycznych/frazeologicznych/wszelkiej maści gaf popełnionych tu i ówdzie w internetowych pisaninach.

3) Przez 10 lat swojego życia (a tak naprawdę 11) paliłam papierosy. Jako nieposkromiony nerwus (patrz punkt 1.) uważałam je (obok obgryzania paznokci) za zło konieczne dla zachowania psychicznej równowagi. Rzuciłam tylko ze względu na planowane potomstwo.

4) A propos planowania - jestem maniakiem tegoż. Na długo przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji rozkładam wszystko na czynniki pierwsze, analizuję różne rozwiązania, szukam plusów i minusów, robię rozpiski. Mimo tego ludzie, którzy słabiej mnie znają, sądzą, że jestem spontaniczna, co wciąż pozostaje dla mnie niezrozumiałe.

5) Rzeczy lubię traktować podmiotowo:P Jeśli zdarzy mi się upuścić orzeszka, rzucam za nim drugiego, by ten pierwszy nie pozostał samotny w swoim zagubionym odosobnieniu. Od czasów dzieciństwa oddaję meblom każde uderzenie, jakiego się dopuszczą na mym ciele (bez względu na to, które z nas zawiniło!). Zdarza mi się rozmawiać z samochodem, jednak wyłącznie w sytuacjach sam na sam.

6) Jestem swoim największym krytykiem, mam to po ojcu. W związku z tym nie radzę sobie z przyjmowaniem komplementów, jednak wiedząc o tym, staram się klecić jakieś mniej lub bardziej sztuczne podziękowania, gryząc się w język, gdy mam ochotę dołączyć do nich końcówkę w stylu "...no ale włosy mam beznadziejne".

7) Przez większość swojego dzieciństwa a także wczesnej młodości wyglądałam jak chłopiec. Najpierw z powodu braku męskiego rodzeństwa (robiłam w rodzinie za syna m.in. w kwestii fryzury), potem z powodu klasycznie pojętego buntu nastolatki, gdy przez kilka miesięcy goliłam głowę maszynką ustawioną na 3 mm. Może dlatego, odkąd pamiętam, chłopięcość swoją maskowałam makijażem, bez którego nawet w czasach największego kryzysu spowodowanego pojawieniem się syna NIGDY nie wychodzę z domu.

O kurczę, to wciąga, fakt ósmy powinien brzmieć "uwielbiam się spowiadać"...

Zgodnie z ideą tego łańcuszka, nominuję:

1) Szczęściarę

2) Dzieckoziemi

3) Mamęmyszora

4) Bioo

5) Sylwię

6) Monikę

7) Lucyferkę

Tagi: mama
21:29, luliluli
Link Komentarze (10) »
Trening cierpliwości

Masz za sobą barrrdzo ciężką noc, podczas której większość czasu upłynęła na uspokajaniu dzikiego wrzasku twojego dziecka. Wstajesz rano witana słodkim dziecięcym uśmiechem, parzysz podwójną kawę i wiesz, że pierwszy łyk zrobisz dopiero, gdy będzie zupełnie zimna - jak zwykle.

Oboje lubicie słodką owsiankę, wstawiasz więc płatki i kroisz ulubione owoce, a u Twoich stóp mały człowiek zaczyna podkręcać atmosferę. Łapie Cię za nogę, ale nie denerwujesz się, spokojnym głosem tłumaczysz, że robisz śniadanie i zaraz weźmiesz go na ręce. W odpowiedzi słyszysz jeszcze głośniejszy wrzask, uznajesz więc, że nie zaszkodzi czasem zjeść owsiankę z całymi daktylami. Z dzieckiem na ręku, wbrew wszelkim przepisom BHP, ale zgodnie z potrzebami małego człowieka, kontynuujesz, wiesz przecież, z jakim smakiem dziecko zajada tę wersję śniadania.

Z miseczką pełną ciepłego posiłku siadacie przy kanapie. Dawno już przesiedliście się z mebla pod mebel, pamiętasz przecież, co dzieje się z pilotem (a co z dzieckiem), gdy spada z wysoka. Mmm, wyszło świetnie, częstujesz. Dziecko z wyraźną dezaprobatą odwraca głowę. Gorące? Podmuchamy. Częstujesz raz jeszcze. O tak, smakuje, warto było się nieco postarać zamiast znów klecić byle kanapki.

W zwolnionym tempie obserwujesz, jak zbitek zdrowych płatków i wyszukanych dodatków spada - pac na brodę, pac na piżamkę, ostateczny pac - na dywan. Spokooojnie. Za krótko dmuchałaś. Częstujesz, zajada, aż trzęsą się uszy sąsiada z naprzeciwka. Łyżeczka, druga, trzecia, czwarta, ledwo nadążasz - to jest to, dobra mama zawsze wie, co lubi jej dziecko.

Pac, duża kulka średnio zmielonej owsianki na dywanie. Trudno, podniesiesz, nie ma gdzie odłożyć, hmm, nie takie rzeczy jadłaś jako matka. Bammm (od niedawna naprawdę ładnie artykułuje "mmm"), mała ręka idealnie pasuje do średnicy miseczki, to naprawdę frajda sprawdzić, jaka jest w dotyku świeża owsianka.

Liczysz do 3, uśmiechasz się, spokooojnie, zaraz pójdziemy umyć ręce.

I wytrzeć. A skoro już po śniadaniu, to może umyjemy ząbki? Mama myje dużą szczoteczką, dziecko małą. Ślicznie, odtwarza nawet ruch przód-tył po dziąsłach, w końcu jest mądrym dzieckiem. Płuczesz usta, sprawdzasz, jakim cudem nastała tak słodka cisza.

Bammm, (mokra) szczoteczka (na pewno sama) wpadła do kartonu z proszkiem do prania. Liczysz do 3, wiesz, że wrzask do niczego nie prowadzi, tłumaczysz, dlaczego, po co i tak dalej. Patrzy tak rozumnie, rodzicielska perswazja górą. Czeszesz się, a z tyłu dochodzi kolejne bammm. Bucik! Że też nie powiedziałaś od razu, że nie wolno też wrzucać rzeczy do proszku Color.

Dobrze chociaż, że to suchy bucik, nie ten, który wczoraj zrobił bammm do wanny z wodą.

Chwila zabawy, masz dość, warto pomyśleć o deserze, będziesz mieć kilka minut. Nektarynka. Szczęśliwie - smakuje, z ulgą odpalasz komputer. Bammm, zbierasz owoc z podłogi, podajesz. Higiena higieną, nie będziesz robić szopki. Kęs owocu i bammm. Liczysz do 5, czas na reakcję.

"Jak nie chcesz, oddaj mamie" ple ple srutu tutu, znasz tę regułkę na pamięć, czasem działa. Czasem działa na chwilę lub jest opacznie rozumiana. Bammm. Nektarynka ląduje obok Ciebie. Oddana mamie, fakt. I tak kilka razy, ale przecież pocztę sprawdzić MUSISZ, tysiąc pięćset maili nie kasuje się w minutę, kiedyś trzeba. Po kolejnym bammm nie wytrzymujesz, przez zęby syczysz najgroźniejsze "oddaj mamusi", jakie kiedykolwiek słyszałaś. Zbierasz cząsteczki nektarynki z podłogi i czujesz, że coś wpada ci we włosy. Skórka. Przecież to jasne, że mając 6 zębów trzeba zrezygnować ze skórki. Parzysz podwójną melisę.

Wyciągasz dziecko, niech polata. Pech chce, że leci zawsze w te same miejsca - zjeść trochę wtyczki od zasilacza, roznieść pranie po mieszkaniu, wynieść buty do pokoju. Luuuzik, dom nie muzeum, choć czasem chciałoby się wierzyć, że też nie śmietnik.

Mam kryzys. Coraz częściej muszę liczyć do 10, a i to nie zawsze pomaga. Roczniaki są potworami. Całe szczęście, że potrafią dawać buzi.

Tagi: mama
13:46, luliluli
Link Komentarze (10) »
czwartek, 11 sierpnia 2011
Chcę siedzieć! w domu z dzieckiem

Siedzę w domu z dzieckiem i mimo wszystko - nie mam kiedy usiąść. Czytaczom polecam zerknąć do Aeidenn i Expecting, żeby zobaczyć, co u mnie;) i przeczytać, ile pracy kosztuje siedzenie.

Tagi: mama
12:32, luliluli
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Pierwsze urodziny

Urodzinowa impreza Radzika za nami, jaka szkoda!

Pierwsze urodziny obchodził wyjątkowo hucznie - pośród blisko 30 cioć, wujków, babć i dziadków. Mimo naszych modłów, pogoda nie dopisała zupełnie, całą sobotę padało, a niebo zasłaniała gęsta masa ciemnych chmur. To jednak nie przeszkodziło nam w świętowaniu. Grill stanął pod dachem, a my zasiedliśmy za stołami. Nie sądziłam, że to się uda, ale swoją obecnością zaszczycili nas wszyscy zaproszeni goście - nasi bliscy i przyjaciele, ludzie, z którymi łączy nas wiele wspomnień. Do zbioru tych ostatnich po minionym weekendzie będziemy mogli dopisać m.in. nocne odśpiewywanie przebojów Kajah, Stana Borysa i kilku innych mniej znanych - zwłaszcza w warstwie tekstowej - przebojów;)

Radzik bawił się równie dobrze jak jego rodzice. Wraz z czworgiem najmłodszych gości testował możliwości świeżo rozpakowanego sprzętu, degustował kiełbaski w cieście, babcine ogórki małosolne, grillowaną karkówkę, a nawet - wbrew wszelkim zasadom - kawał śmietanowo-jogurtowego tortu z niebieską różyczką, które jednak wbrew powalającemu smakowi i wyglądowi nie przypadły mu szczególnie do gustu (na szczęście, bo i wysypka po nich nie będzie musiała znikać tygodniami;))

Dmuchanie (złamanej jak się okazało po rozpakowaniu:P) świeczki, które odbyło się wspólnymi siłami (z relacji naocznych świadków wynika, że Radzik starał się świeczkę zdmuchnąć także osobiście), wywołało u mnie czasową mokrość oczu. Sama nie wiem, dlaczego, to chyba kolejne świadectwo przemijania, dorastania, tego, że czas biegnie i ani się obejrzymy, a nasz syn będzie otwierał swój najbardziej oryginalny urodzinowy prezent*.

A na razie życzymy jemu i sobie, aby - tak jak i tego dnia - zawsze otaczało go grono ludzi, którzy nadają życiu sens (i jaskrawe barwy;)).

 

*Szczelnie zapakowany lipcowy numer Playboya z dedykacją od cioci Doroty i wujka Michała, którą ku pamięci pozwolę sobie zapisać: Drogi Radku, jest rok 2028. W tym roku obchodzisz 18 urodziny i być może znasz już takie magazyny:) Oto mała lekcja historii 2 lipca 2011 roku - tak kiedyś wyglądały kobiety, z takich dowcipów się śmialiśmy. Życzymy przyjemnej lektury!

czwartek, 28 lipca 2011
Kolacja na słodko - gofry bez jaj i mleka

Właśnie jemy te cudowne słodkości, smakuje i nam i Radzikowi:)

Przepis bazowy wzięłam z ciekawego bloga o śniadaniach. W mojej wersji wyglądał tak:

 

- szklanka wody,

- szklanka mleka owsianego,

- szklanka mąki razowej,

- szklanka mąki zwykłej pszennej,

- 2 łyżki rozpuszczonego masła klarowanego,

- łyżka miodu,

- 2 łyżeczki proszku do pieczenia.

 

Wymieszałam w mikserze i bez tłuszczu usmażyłam w gofrownicy.

Niebo w gębie, słodkie, zdrowe, pożywne. Z dżemem malinowym po prostu BOMBA:)

wtorek, 26 lipca 2011
Chcemy

Szykujemy się do sobotniej imprezki urodzinowej:) Chcę, by był to dzień dla nas wszystkich ważny, zapadający w pamięć. Będzie tylko najbliższa rodzina i duże grono bliskich sercu niekrewnych;) Tego dnia Radzik usłyszy "Sto lat" tylko od osób, które zawsze w jakiś sposób będą blisko naszej rodziny. Żadnych cioć "wiem lepiej" i wujków "jestem zajęty". Cieszę się, właśnie tak wyobrażam sobie ważne momenty w naszym wspólnym życiu. Bez "wypada", "należałoby", "powinniśmy". Czyste "chcemy". Gdyby tylko pogoda zechciała...

Tagi: jubileusze
12:15, luliluli
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 lipca 2011
Pierwszy wspólny rok

22 lipca 2010 roku był najdziwniejszym dniem w moim życiu. Najstraszniejszym i najpiękniejszym zarazem. Jak wspominałam go po wyjściu ze szpitala? Niedobrze, dziś odkopałam to, co zachowało się w mojej głowie:

W czwartek o 21.32 urodziłam Radzia - 3730 g i 54 cmsmile

Od 3 po południu w środę miałam bolesne skurcze. Nie tak bardzo, ale
jednak. Były co 7-10 minut. W końcu po spacerach, kąpielach i tak
dalej zdecydowaliśmy pojechać na porodówkę ok. 22. Przyjęto nas
godzinę później.

Rozwarcia brak, szyjka miękka, zamknięta. Skurcze na KTG bardzo
duże, ale bolesne do zniesienia. Dowiedziałam się, że znieczulenia nie
dostanę, bo Radzik za duży i to niebezpieczne. Poza tym dostaje się
je od 3-4 cm rozwarcia, a to nam się nie udało ostatecznie
Podpięli pod KTG, załatwili formalności i zostawili nas samych.
Skurcze nasiliły się, wciąż jednak były raz regularne a raz na
chwilę przechodziły na więcej minut.
Jakoś około 1 w nocy dostałam relanium - miałam po nim zasnąć,
urodzić, albo cokolwiek. Niestety, byłam jedynie otumaniona i mimo
leku nie udawało mi się spać między skurczami, które miałam wtedy co
9 minut.
Mąż pojechał się przespać do domu.
O wpół do piątej zadzwoniłam po niego z powrotem - skurcze były
coraz bardziej bolesne, nieco częstsze, o ile pamiętam od wtedy już
co 6 minut.
Wciąż jednak dawałam sobie radę.

Każdy dodradzał co innego - w trakcie porodu trafiliśmy chyba na 3
różne zmiany lekarzy. Jedni kazali spać - nie udało się. Inni ruszać
się - od rana zabrałam się za to podwójnie - piłka, worek sako,
kucanie,
chodzenie. Ledwo miałąm na to siły, ale wciąż miałam nadzieję, że
poranny obchód oznajmi mi, że jest rozwarcie.
No i było... Na opuszek.
Dostałam przykaz najedzenia się i zrelaksowania. Dostałam śniadanie,
które wprost pożarłam wzięłam dłuuuugi prysznic. Dalej starałam
się być non stop aktywna, choć nie było to łatwe po takiej nocy. Co
jakiś czas podpinano mnie pod KTG, skurcze wciąż były dziwne - na
jednym badaniu wychodziły poza skalę i były bardzo regularne, na
innym rozjeżdżały się i ledwo dobijały do połowy, mimo że ból
odczuwałam tak samo lub coraz bardziej. Wciąż była nadzieja, że może
się uda. Szyjka była miękka, wszystko gotowe, jakby zaraz miało się
zacząć coś dziać. Niestety...

W końcu zapadła decyzja o podaniu oksytocyny. Dostałam kroplówkę ok.
13. I tak jak się obawiałam, wszystko się zaczęło wymykać spod mojej
kontroli.

Z czasem skurcze były co 5 minut, bardzo mocne i bolesne.
Na dodatek pierwszą godzinę czy nawet dłużej musiałam być podpięta
pod KTG i znosić to na łóżku (udało się wywalczyć, że na siedząco)
Po południu dostałam obiad. Jakoś udało mi się go zjeść, wciąż
bowiem miałam nadzieję, że im więcej sił nazbieram, tym bardziej
prawdopodobne, że się uda.

Od okolic obiadu zaczęło być naprawdę bardzo ciężko. Skurcze co 3
minuty, bardzo bardzo bolesne. Każdy następny zupełnie zabierał mi
energię i siły psychiczne.
Od siedemnastej byłam na skraju wytrzymałości, podczas skurczy
leciały mi łzy, zaczynałąm tracić nad sobą panowanie Strasznie
dłużył mi się czas w oczekiwaniu na jakąkolwiek decyzję w mojej
sprawie. Podano mi ogłupiacz, w efekcie zrobiłam się
jeszcze bardziej otumaniona emocjonalnie i całkiem straciłam siły
Pod wieczór zaczęłam już zupełnie bez kontroli nad sobą krzyczeć
podczas skurczy, rozwarcie doszło do 1 palca i nie postępowało ani o
krok. Ja nie miałam już sił. Krzyczałam i płacząc prosiłam męża,
żeby kazał im zrobić mi cesarkę, bo umrę...

Jakimś zupełnym cudem wytrzymałam do 21, kiedy dowiedziałam się, że
nici z porodu siłami natury, rozwarcie nie postępuje, nic się nie
zmienia i zrobią mi "wymarzoną" cesarkę. Nigdy bym nie pomyślała, że
ta wizja mnie ucieszy.

Jak weszłam do sali operacyjnej, nawet skurcze wydały się mniej
bolesne, operacja trwała krótko, nie należy to do przyjemnych przeżyć.

A po - nie można się ruszać 12 godzin, nawet głowy podnosić, no i nie da się opiekować dzieckiem. My niestety i tak nie mogliśmy, bo mały tak krzyczał, że zabrali go
na całą noc na oddział noworodkowy do obserwacji. Na szczęście
okazało się, że nic mu nie jest, choć do dziś nie wiadomo, czemu był
tak pobudzony. Podejrzewam, że ilość leków jakie mi podano mogła
mieć na to jakiś wpływ.


Po narodzinach Radzik był z tatusiem, a mnie zszywano.
To niemiłe nie móc dostać dziecka na ręce zaraz po urodzeniu, smutno
się robi od razu.

Generalnie poród będę wpominać koszmarnie, w tym moemencie nie wiem,
czy kieduykolwiek zdecyduję sie przeżyć to samo raz jeszcze.


Ale najważniejsze, że nasz mały synek jest już z nami, dla niego
warto było przez to przejść smile 

Dziś jeszcze na wspomnienie tamtych godzin szybciej bije mi serce. Od wczoraj mam dość melancholijny nastrój. Jestem dumna, Radzik jest już tak duży, dojrzały - mały chłopiec. Tyle razem przeszliśmy. Tyle się zmieniło. Smutno mi, gdy pomyślę, co działo się rok temu o tej godzinie, radośnie, gdy wspomnę, że o tej samej godzinie dzień później mogłam się wtulić w kochane małe ciałko, całą sobą zapaść się w ten moment, gdy po tylu godzinach samotności i strachu nareszcie wrócił do nas Radzik.

Wczorajszy obiad zjedliśmy tam, gdzie rok wcześniej, gdy podekscytowani spisywaliśmy w notesie kolejne skurcze. Tym razem z Radzikiem po drugiej stronie brzucha:)

Trudny rok, wymagający sił więcej niż jakikolwiek wcześniejszy, uczący od podstaw cierpliwości, wytrwałości, empatii, zaufania do siebie samego i siebie nawzajem. Rok, w którym wszystko się zmieniło, wokół nas, ale i w nas. Rok, po którym już nigdy nie będziemy tacy jak kiedyś. Piękny, wzruszający, emocjonalnie intensywny do czerwoności, nadający życiu, szczęściu, dumie i radości 100% wartości.

Z okazji pierwszych urodzin i zupełnie bez okazji - dziękuję Ci, synku, że jesteś:)

czwartek, 21 lipca 2011
Zabawa na niepogodę

Za oknem plucha, zimno i wieje. A my bawimy się w najlepsze w swojej własnej piaskownicy;) Paczka dmuchanego ryżu, kilka misek i dziecięca wyobraźnia to mieszanka wybuchowa.

Polecam!

Tagi: Radzik zabawa
10:48, luliluli
Link Dodaj komentarz »
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers