Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
wtorek, 24 stycznia 2012
Duży pikuś vs. mały miś

Niby nic się nie dzieje, a my wciąż w galopie. Rozsiedliśmy się już w nowym mieszkaniu, choć wciąż gdzieniegdzie łypią na nas z kątów nieokiełznane zbiory rzeczy-nagromadzonych-latami. Latami też pewnie będziemy je kiełznać, że użyję tak niepospolitego czasownika;)

Co u nas? Aż trudno zacząć, by nie skończyć dopiero w porze kolacji. Najprościej będzie skwitować mądrze brzmiącym "panta rhei" - po szyję stoimy w tej samej rzece i tylko opływa nas wciąż coś nieoczekiwanego. Sobą pochwalę się przy innej okazji. Mąż chwalony publicznie być nie lubi. Zostaje zatem pochwalić się Radzikiem, co też niniejszym uczynię.

Tatuń, Aguń, Dziaduń (i prawie analogicznie: Mamum i Babum...) padało bezustannie z małych ustek na samym początku roku. Teraz w użyciu jest częściej Tatua i Agua - z niewiadomych przyczyn bez dalszych przekształceń u reszty członków rodziny. Do tego bardziej pospolite Tato i Tatu.

Mama natomiast - mimo przestoju nazewniczego - została mianowana najczęściej używanym wołaczem, zazwyczaj skorelowanym z nutą skrajnej rozpaczy, katastrofizmu i histerii. Niestety. Od ponad miesiąca trwa w naszej podstawowej komórce społecznej najdłuższy w historii tejże mamocentryzm, mamobluszczyzm i mamozawłaszczyzm, przy którym lęk separacyjny okresu 8-9 miesiąca to klasyczny pikuś. W sinusoidzie swojego matkowania znajduję się w związku z powyższym w okolicach ciemnej doliny, z gorącym pragnieniem w sercu, by wdrapać się ponownie na szczyt. Cóż - tak też bywa. Po kilku tygodniach jestem w stanie podejść do sprawy już z nieco większym spokojem i ręką gotową do pogodzenia się z losem.

Znalazłam dobrego pomocnika:

Niekochany i wzgardzony czekał cierpliwie pośród Radzikowych klamotów odkąd zamieszkał z nami w dzień pierwszych urodzin Radzika.

Boskas teddie, spraw by Radzik co noc tak pięknie jak wczoraj zasypiał przy Tobie!;)

piątek, 30 grudnia 2011
Wciąż na oparach atmosfery Świąt

Atmosfera Świąt - do tego roku było to dla mnie pojęcie właściwie nieznane, a już na pewno dawno zapomniane. Widok dziecka - biegającego wokół choinki z łańcuchami, zawieszającego ozdoby z największym możliwym namaszczeniem, z sympatią podtykającego rodzicom pod nos kawałek swojego opłatka, podekscytowanego i niecierpliwie rozrywającego prezentowy papier, radośnie biegającego pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny z kolorowymi pakunkami - jest naprawdę bezcenny i wspaniały.

Z okazji Nowego Roku życzymy sobie jak najwięcej odpoczynku, dłuższego snu, wspólnych popołudni, pomyślnego końca (i końca w ogóle) przeprowadzki, niebolesnego ząbkowania, śniegu zimą i słońca całorocznie, zmian tylko na lepsze i ZDROWIA, którego ostatnio wciąż jakoś brakuje.

A wszystkim czytającym życzymy spełnienia choć jednego marzenia w 2012 roku;)

12:04, luliluli
Link Komentarze (3) »
środa, 14 grudnia 2011
Pavor nocturnus

Fajnie brzmi, prawda? Wolałabym jednak, by łacina zostawiła nas w spokoju, zwłaszcza nocą! Jesteśmy w trakcie przeprowadzki (właściwie "w trakcie" użyłam nieco na wyrost, bo dopiero zaczynamy). Jest masa pracy, mało czasu, w powietrzu i nosach domowników czają się bataliony wirusów, a po nocach nie daje nam spać rzeczony pavor w książkowym wprost wykonaniu Radzika. Bu

12:47, luliluli
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 listopada 2011
Cyborgini

Dziwna rzecz z tym powrotem do pracy. Niby więcej zajęć powoduje większe zmęczenie, a jednak w praktyce wyszło - jak zwykle - inaczej.

Mniej więcej od początku listopada - w prezencie z okazji mojego powrotu do pracy - Radzik wpadł w ciąg choroba-ząbkowanie. Nie muszę chyba pisać nikomu o przeciętnej choć wyobraźni, jak w takim ciągu wygląda życie nocne? Nie wygląda. Lecz każdy kto w tej chwili przywołał obraz naszych nocy, a po nim potencjalny obraz matczynej twarzy po maratonach niespania, ze szczególnym uwzględnieniem zbolałego jej wyrazu i towarzyszącego mu granatu podocznych cieni, powinien teraz ten obraz szybkim ruchem zmieść z horyzontu:)

Matka to jednak dziwnie skonstruowane urządzenie, oparte w większości na skrajnościach i przeciwieństwach, a jednak chodzi jak szwajcarski zegarek w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Otóż - wracając do przypadku matki Radzika - działa bez szwanku jak świeżo naładowany akumulator. Z cierpliwością znosi nocne horrory zębowe, senne monologi i kołderniane fikołki, a rano wita nowy dzień z niespotykanym jeszcze niedawno uśmiechem.

Jak to możliwe, że 6 godzin przerywanego po tysiąckroć snu wysypia matkę lepiej niż 8 godzin z kilkoma pobudkami? Czy można mniemać, że w związku z najnowszymi wynikami obserwacji życia domowego matka za czasów urlopu wychowawczego zwyczajnie za dużo sypiała?;)

Tagi: mama sen
11:45, luliluli
Link Komentarze (10) »
czwartek, 17 listopada 2011
Dobry żal

Przy okazji spotkania lokalnego Klubu Mam i omawianej niedawno w mediach akcji Dobry Żal, odkopałam swój żal z gruzów wczesnego macierzyństwa.

Nie musiałam kopać zbyt głęboko, bo wiele uczuć z tamtych czasów wciąż czeka na przepracowanie. Co się stało ubiegłorocznego lata? Zostałam mamą. Urodziłam dziecko.

Przeżyłam pierwszy w życiu całkowity reset.

Piszą, że zawód powoduje fakt, że prawdziwy poród rozminął się z tym oczekiwanym. Brzmi jasno, mimo że oddaje istotę rzeczy tak samo jakby napisać, że Rów Mariański to dziura w ziemi. W każdym poradniku o ciąży jest wzmianka o baby bluesie (czy tylko mnie koszmarna nazwa nasuwa skojarzenia z PMS-em i świńskimi dowcipami?). Może to ja mam problem ze zrozumieniem słowa pisanego, a może tylko słowo pisane ma problem z wiernym oddaniem rzeczywistości, ale nie spodziewałam się nigdy, że baby blues jest tak niemuzyczny. I że kurs szkoły rodzenia w obliczu realnego macierzyństwa jest jak kurs lepienia modeli dla kandydatów na pilotów.

Szok, zagubienie, utonięcie, euforia granicząca z depresją - początek mojego rodzicielstwa pełnego radości ale i płaczu, znaków zapytania. Tego mi było trzeba!

Po kilkunastu tygodniach dreptania po samym dnie najbardziej wstydliwych emocji wszystko wydaje się inne niż kiedyś. Prostsze. Im bardziej planowo i realistycznie podeszło się do rodzicielskich planów tym boleśniejszy wydawał się upadek głową w dół. Po każdym kolejnym zetknięciu z dnem, ostrożniej wchodzi się na górę.

Dobry żal, baby blues i trudy początku macierzyństwa są stworzone dla matek takich jak ja - uczą je jak normalnie żyć, pozbywając się ciężaru własnych planów, obowiązków i wymagań wobec samej siebie. Uwalniają.

Dziś patrzę na te 4 najcięższe miesiące jak na ogromny prezent od losu. Odmieniający mnie na zawsze - na lepsze. I tylko żal po tamtym dniu wciąż nie wydaje się dobry.

Tagi: mama
20:16, luliluli
Link Komentarze (16) »
piątek, 11 listopada 2011
Listopadowe wspomnienie

W dzisiejszy piękny listopadowy poranek wróciło do mnie wspomnienie sprzed dwóch lat. Dokładnie 2 lata temu o tej porze czekałam na wyrok - będę mamą czy zawiozą mnie na zabieg...

Początek naszej nowej drogi zaczął się radośnie - kreskę na teście dostrzegliśmy nad ranem, przed wyjściem do pracy, była tak blada, że nie byliśmy pewni, czy to TO. A już następnego dnia zaczęły się problemy. Być w ciąży w Polsce to jak być trędowatym, każda dolegliwość jest automatycznie łączona ze stanem błogosławionym - i tak z powodu promieniującego bólu chorej nerki trafiłam na oddział ginekologiczny, gdzie nie mogąc poruszać kończyną czekałam aż zapalenie przejdzie samo boską siłą mojej wewnętrznej energii - dla lekarzy byłam przecież potencjalną ciężarną.

Jak bardzo potencjalną, przekonałam się już podczas przyjęcia do szpitala. Ja - świeża przyszła mama, wciąż pijana hormonami szczęścia z powodu dwóch kresek na wyczekanym teście i ona - pani doktor, która zdanie "nic tu nie widzę, może pozamaciczna, ale proszę się nie martwić, TO się teraz szybko usuwa" wypowiedziała tonem zapożyczonym chyba z okienka pocztowego.

Cztery dni leżałam w szpitalu, czekając, czy TO się ujawni. Czy rzuci kotwicę tam, gdzie trzeba, czy zechce zająć się lepieniem maleńkiego serduszka, które dziś jak szalone bije pod zaplamionymi obiadem koszulkami. Co noc słyszałam jak piętro wyżej kolejne KTG wybija - dziś znany - rytm, wtedy zarezerwowany dla innych kobiet. Co dzień widziałam mamy, które po kilku tygodniach noszenia w sobie nowego życia wracały na salę same, smutne i puste - i modliłam się, by nie podzielić ich losu.

Jedenastego listopada 2009 roku spędziłam ostatnią samotną noc. Dzień później na monitorze pojawił się Radzik - maleńki jak główka szpilki - i został z nami:)

Tagi: mama
19:19, luliluli
Link Komentarze (8) »
piątek, 04 listopada 2011
Matki zapracowanej zapiski

Stało się, nie jestem już mamą udomowioną;)

Za nami trzy dni nowej wersji codzienności, ja w pracy, Radzik u babci - osobno aż do obiadu. Jest inaczej. Pierwszego dnia byłam bliska uznania, że inaczej znaczy gorzej, ale szybko zmieniłam zdanie. Nareszcie pijam gorącą kawę, jem śniadanie wtedy, kiedy mam na to ochotę, nie muszę bez względu na chęci i pogodę wychodzić na spacer;) W zamian nie robię nic, czego wagę da się choćby mniej więcej przyrównać do zbudowania pierwszej wspólnej wieży z klocków, usłyszenia po raz pierwszy w życiu jak robi kura (zdaniem Radzika), obserwowania pierwszych kroków nawet nie przywołując.

Niesamowite jak doświadczenie macierzyństwa potrafi zmienić spojrzenie na życie zawodowe. Jak mało istotne i kuriozalnie wyolbrzymione wydają mi się teraz "ścieżki kariery", "awans zawodowy", "kobiety sukcesu", utarte slogany w praktyce całkiem przyziemne i wcale nie tak kuszące, jak sugerowałoby ich doniosłe brzmienie. Ot, praca. Czy jakakolwiek kariera jest ciekawsza niż ta, która zaczyna się wraz z pojawieniem się na świecie nowego życia?

A może to tylko ja już nie umiem myśleć tymi przyziemnymi kategoriami.

Praca, bez względu na to jak na nią spojrzeć, przydaje się w kategoriach zupełnie niefinansowych. Oto okazało się, że dzięki jej posiadaniu można spuścić nieco powietrza z wentyla i zejść stopień niżej z wysokich chmur macierzyństwa. I tak z dnia na dzień kwestie niegdyś emocjonujące stają się mniej absorbujące.

Można - jak się okazuje - nie umrzeć z ciekawości, czym przez cały dzień było karmione dziecko (i czy na pewno tylko i wyłącznie zdrowo i naturalnie), ile pieluch zużyło i jak długo spało na spacerze;)

Po 15 miesiącach urlopu matczynego byłam chyba w pełni gotowa na to rozstanie. Nie rozmyślam gorączkowo, jak jest Radzikowi z babcią, nie dzwonię z pytaniami, nie płaczę po kryjomu, nic z tych rzeczy, choć sama czuję się tym faktem zaskoczona. Ot - idę do pracy, pracuję, wracam i cieszę się, że możemy spędzić ze sobą resztę dnia.

 

Za oknem listopad, a w głowie wiosennie kiełkuje mi kilka planów na nieco dalszą przyszłość. Wszystkie urodziły się dzięki narodzinom Radzika. Fajnie jest być mamą:) Nawet pracującą!

Tagi: mama praca
19:01, luliluli
Link Komentarze (6) »
sobota, 29 października 2011
Migowo-minowy z polewą głosową

Od blisko tygodnia robimy symulację mojego powrotu do pracy, Radzik za dnia pozostaje pod opieką babci i widzimy się wszyscy z powrotem w okolicach obiadu. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak w ciągu kilku dni rozwinął możliwości porozumiewania się z nami.

Zanim rozczulające wspomnienie Radzika zatopionego po końcówki włosków w akcie komunikacji uleci mi z głowy wyparte nowościami, postaram się przelać część tego kodu na yyy "papier";)

 

Werbalnie:

- tata - wiadomo

- mam - to ja ma się rozumieć, sama nie wiem, czy nie powinnam zapisać 'mum', bo wyraz ten brzmi dość mocno z angielska;)

- ab - 'babcia'

- dzi - 'dziadek'

- ag - 'ciocia Aga'

- brrrr, brrrrum ("r" nie do końca tu pasuje, bo jest realizowane przez drganie warg)- 'auto' czy jakakolwiek maszyna na kołach

- bammm - 'kosz na śmieci, śmieciarka, rzucać, wyrzucać, spadać, upadać'

- daa - 'dać, wyjść, spacer i... wszelkiego rodzaju "kuleczki" jak jarzębina, irga etc.'

- aaa z akcentem na drugie "a" - 'biedronka'

- prrrr (z "r" jak w brrrum) - 'koń'

- sss - 'wąż, ciii'

- nene - 'muzyka'

- mamam - 'mniam mniam, jedzenie, jeść'

- dzin dzin - 'dzyń dzyń'

- tes - 'cześć'

 

 

Niewerbalnie:

- wysuwanie i chowanie języka - 'kotek'

- rozkładanie rąk - 'nie ma' występujące też wraz z "mmm?"

- pokazywanie palcem języka - 'zjadłem' (po nim zazwyczaj następuje stukanie w brzuszek i "bamm" - znaczy, że jedzenie wleciało, gdzie powinno;))

- kiwanie na NIE/TAK (bardzo zabawne, bo występujące nie tylko jako odpowiedź na pytanie, ale też jako aprobata lub dezaprobata dla tego, co aktualnie robi osoba, którą o coś poprosił)

- ściskanie dłoni - 'chcę pić mleczko' (miguś)

- machanie rękami - 'wróbelek macha skrzydełkami'

- stukanie złączonymi palcami (wskazującym i kciukiem) obu dłoni - 'ptaszek dziubie'

- przykładanie palca wskazującego do zębów (!) z dodatkiem csss - "cicho"

- papa i przesyłanie buziaka - wiadomo

 

I pewnie znów coś pominęłam - ale pamiątka jest? Jest! A na bardziej wymagające wpisy czasu jak nie było tak nie ma;)

12:23, luliluli
Link Komentarze (6) »
środa, 19 października 2011
Miało być o makaronie

Zjawisko nieziemskie - makaron bierze się do ust (o tuu na język, gdzie pokazuję palcem), potem znika (aaa? i go nie ma, dokładnie tak jak pokazuję w precyzyjnie oddającym skalę szoku geście rękami), następnie zaś trafia do brzuszka (bamm, właśnie tam gdzie stukam palcem). Szok. Proces tyleż prosty co niesamowity.

Od kilku dni bezustannie zadziwiający Radzika podczas każdego posiłku;) Po kolejnym kęsie dokładnie opisuje, co stało się z zawartością rączki, rozpoczynając opis od pokazania pustej dłoni i stukania w nią palcem. Boskie. Można oglądać godzinami bez cienia znudzenia. Pasja w oku, emocje w zenicie. Aż trudno uwierzyć, że chodzi o proste spożywanie posiłku, do którego my dorośli tak bardzo przywykliśmy, że przestało nas zadziwiać już dawno temu.

Dziecięca radość odkrywania jest niezwykła. Pozwala nam na nowo poznać i docenić codzienne małe sytuacje. Że gdy wyprzedzisz czerwony traktor, po chwili znika on z pola widzenia i go NIE MA! Że włączona pralka zawiera skarpetkę, którą przed chwilą sam wytypowałeś do prania. Że masz pod ubraniem pępek, a Twój miś go nie ma. Że skoro ciocia już wyszła, to nie siedzi na kanapie.

Atmosferę ostatnich dni wciągam głęboko w nozdrza, zapamiętuję, to moje ostatnie chwile wspólnoty przeżywania Radzikowej radości odkrywania. Za dwa tygodnie o tej porze będę chłonąć zapach mojego małego śpiącego cudu dwa razy bardziej niż dotychczas, po pierwszym dniu spędzonym tak długo bez niego, w pracy. Powoli kończy się coś bardzo ważnego. Cieszę się i smutno mi, boję się i chcę. To dziwne, że czas może biec tak szybko jak w ostatnich miesiącach.

I jakoś tak nostalgicznie się zrobiło, choć wpis miał być o znikającym makaronie.

czwartek, 29 września 2011
Jak robi wróbel?

Wobec braku możliwości werbalizowania myśli, a więc możliwości pokazania, jak "robi", powiedzmy, krowa, Radzik ma coś swojego, coś co pasuje do niego niesłychanie choć niezamierzenie.

Pytam, gdzie się schował mój wróbelek, a on biegnie do mnie, machając "skrzydełkami", to chyba najbardziej wzruszeniogenna zabawa, jaka nam się w ostatnich miesiącach wymyśliła.

I jeszcze używanie mojej dłoni w sytuacjach, gdy własna nie ma wystarczającej mocy sprawczej. Łapie mnie za palec i ciągnie w stronę drzwi balkonowych, żeby je otworzyć. Ciągnie mnie za nadgarstek, żeby pokazać, że chce postawić jeździk w innym pomieszczeniu. Cudowne. Po raz tysięczny jestem pod wrażeniem jak precyzyjnie można się komunikować z tak małym człowiekiem, jeśli tylko chce się w niego wsłuchać.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers