Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
wtorek, 15 lutego 2011

Rzecz warta zapisania - Radzik po raz pierwszy w życiu pozwolił mi się odłożyć do łóżeczka za dnia, nakarmiony, uśpiony w 95%, ale na tyle, że jeszcze niedawno zacząłby się drzeć po dotknięciu materaca milimetrem ciała. Ojjjj, zmiany! Oby dalej w tym kierunku:)

Poza tym dziś po raz kolejny (trzeci?) stanął na kolanach i łokciach - trenuje pozycję startową.

Tagi: Radzik sen
14:02, luliluli
Link Komentarze (2) »
Łysej pały marzenie senne

Nie lubię chodzić spać, odkąd zostałam mamą. Wieczór to jedyny czas w ciągu dnia, kiedy mamy z małżonem czas dla siebie i kiedy ja mam nareszcie czas na to, na co mam ochotę, tam gdzie mam ochotę, choćby było to jedynie nieprzerwane siedzenie przed laptopem:)

Każdego wieczoru ubolewam nad pędzącym zegarkiem i nieuchronnie zbliżającą się 23 - godziną zero, kiedy to musze iść spać, bo rano nie będę w stanie zejść z łóżka. Idąc spać, otwieram tę część doby, podczas której nie rozróżniam, czy kolejna pobudka na karmienie jest rzeczywista, czy coś mi się śni. Odkąd śpimy z Radzikiem, wszystko dzieje się trochę poza moją percepcją. Od wielu dni staram się dociec, ile razy tak naprawdę budzi się w nocy na jedzenie i wydaje mi się, że dziś się to w końcu udało:D do okolic 1-2 w nocy jestem w stanie całkiem sprawnie zapamiętać ilość pobudek, później potrzeba niesłychanego wysiłku umysłowego, aby w ogóle zanotowac w pamięci cokolwiek poza wrażeniem "chyba dużo", więc dotychczas miarą tej ilości była szerokość i odcień moich worów pod oczami. Dziś są stosunkowo blade, bo - jak mi się zdaje - Radzik budził się jedynie 4 razy! To naprawdę miło z jego strony, bo ostatnio miał w zwyczaju budzić się w nocy częściej niż mrugać za dnia.

Coś jest na rzeczy z jego wewnętrznym zegarem - wczoraj potroił czas wieczornej drzemki, niespodziewanie pozwalając matce na normalne zjedzenie kolacji, a na pierwsze karmienie obudził się dopiero o 23.30, równie niespodziewanie pozwalając rodzicom na całkiem fajne spędzenie walentynkowego wieczoru (na oglądaniu dokumentu na temat pośladków - nie ma to jak walentynkowy romantyzm:P).

W temacie snu mam tylko jedno marzenie - przespać 8 godzin za jednym zamachem. A jest to marzenie na miarę lotu w kosmos, nie pogardziłabym choćby 4 godzinami nieprzerwanego snu. Byłoby to tak niesamowite wydarzenie, że z wrażenia chyba ogoliłabym głowę na znak, że w moim życiu nastąpiło COŚ cudownego. Ktoś umie przewidzieć, jak długo jeszcze będzie się kurzyć bezużyteczna - wobec braku współpracy syna - maszynka?

Tagi: Radzik sen
10:58, luliluli
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Wózek psu na bud(k)ę

Coś o udanych spacerach wózkowych pisałam??

Jeszcze w połowie ciąży poświęciłam wiele dni na szperanie w internecie w poszukiwaniu najlepszego wózka dla Radzika. Mieliśmy wiele zastrzeżeń - a to że lekki, że ładny, że na plastikowych kołach, z siedziskiem spacerówki ustawianym przodem do nas...

Tuż po narodzinach Radzika okazało się, że dokonaliśmy jedynie kolejnego niepotrzebnego zakupu:) Nasze dziecko od początku było śmiertelnym wrogiem tego pojazdu, każda próba wyjścia na spacer kończyła się nieziemskim rykiem. Mąż potrzebował kilkunastu spacerów, żeby się przekonać, że to-se-ne-da, ja skapitulowałam po dwóch. Jeszcze jesienią teściowa starała się dowieść przykładem, że MOŻNA. Niestety, nie było można:P

Gondola niemal nieużywana trafiła do piwnicy. W codziennych spacerach doskonale za to sprawdzała się ukochana zarówno przez Radzika jak i przez jego matkę chusta.

Zimą w ruch poszła spacerówka. Spacery chustowe były bardzo przyjemne, ale potrzebowałam odmiany. Pierwszej próby dokonałam samodzielnie. Fiasko. Drugiej dokonał mój ojciec - on też chciał udowodnić, że można, co przyjęłam z uśmieszkiem świadomości przyszłego triumfu matczynej intuicji nad dziadowskim rozumem;) A JEDNAK! Udało mu się. Od tamtego dnia spacerujemy na 4 kołach dość często, choć bywa, że Radzik przypomina sobie, że jednak woli chustę:)

I tak własnie przypomniał sobie i dziś. Mimo licznych zalet - w tym naciąganej do pałąka budki - wózek nie nadaje się na tak wietrzne dni jak dziś:/ Budka naciąga się bowiem do cholernego pałąka jedynie na siedząco, a Radzik półleży, jako osobnik wciąż miękki w kręgosłupie. Tego budka nie ogarnia, a dziecię nie trawi. Dzikie wrzaski szybko zawróciły nas więc z powrotem do domu, gdzie pojazd zamieniliśmy na szmaciane nosidło. Mimo braku budki (a także pałąka;)) noszenie w wietrzne dni jest dla nas jedynym ratunkiem. Do osłonięcia od wiatru służą kolejno: mama, kaptur i poły mamimego odzienia wierzchniego.

W lesie przypadkiem spotkaliśmy sąsiadkę starowinkę z psem a także z inną znajomą starowinką i jej psem, obie wylewnie przywitały się z Radzikiem i chwilę powspominały, jak to mój mąż na spacerach wyciągał wyjca z wózka i lulając go, prowadził wózek z powrotem do domu:D czyli nie tylko ja mam złe wspomnienia;) tylko panie twierdzą, że wszystkiemu winne były "kłooolki" i "skurcze" (u dziecka ma się rozumieć);)

Ku pamięci podsumowanie

Czasami żałuję, że nie zaczełam pisać wcześniej. Zupełnie nie pamiętam dziś, kiedy Radzik po raz pierwszy się do nas uśmiechnął. Nie wiem, kiedy udało mu się pierwszy raz skutecznie wyciągnąć rączkę do grzechotki, kiedy nauczył się ją przekładać z ręki do ręki, kiedy po raz pierwszy coś "powiedział". Pamięć pozwoliła mi jedynie na zachowanie wspomnienia pierwszego obrotu na brzuszek, który to nastąpił dwa dni przed świętami Bożego Narodzenia podczas wyjazdu do rodziców. Obrót w odwrotną stonę przytrafił się jakoś kilka dni później.

Dziś Radzik umie już podpełznąć do czegoś ciekawego (czyt. telefonu lub gazety), obraca się bez przeszkód w dowolnych konfiguracjach. Nauczył się też paru sztuczek - wie, o co chodzi ze skarpetami;) Gdy mu podać skarpetkę, kładzie ją na własnej stópce. Poza tym jest skończoną pijaczyną - ostatnio picie jest jego pasją, pije z kubka z dzióbkiem, z filiżanki, z kubka Doidy, a nawet z 1,5-litrowej butelki wody mineralnej. Wczoraj zaś zaczął nieporadnie i po swojemu nakręcać zabawkowego bączka:) Mimo swojej galopującej samodzielności, wciąż wymaga jednak stałej obecności swej matki. Dlatego też mniej więcej od początku roku moje życie do czasu powrotu męża z pracy polega głównie na leżeniu na ziemi lub kocu i towarzyszeniu tym arcyciekawym zabawom... Jednak po koszmarach pierwszego trymestru życia Radzika, takie chwile to czysta przyjemność:)

Z dat pamiętam jeszcze pierwszą udana przejażdżkę wózkiem, która miała miejsce dopiero w przerwie świątecznej i to dopiero po zainstalowaniu siedziska spacerowego!

Dość ubogie wyszło to wielkie podsumowanie... ale jak tu wspominać, gdy dziecko zniecierpliwionym wrzaskiem zaprasza na kocyk;))

Tagi: Radzik
10:58, luliluli
Link Komentarze (3) »
Na dzień dobry

Przedwczorajszego poranka, gdy - jak co dzień ostatnio - siedziałam w wannie na zmianę szorując się i puszczając bańki znudzonemu czekaniem na mamę dziecięciu, postanowiłam gdzieś odcisnąć ślad naszej wariackiej codzienności. Być mamą bywa bardzo wariacko, nieporównywalnie wariacko, jeśli wspomnieć spokojne (z perspektywy czasu i doświadczeń domowych) lata bezdzietności. Każdy kolejny tydzień ucieka z prędkością światła, to, co niezapisane, pewnie szybko uleci z pamięci. A byłaby to (dla mnie) wielka szkoda;)

Nie cofając się zanadto i nie starając zmieścić w jednym wpisie 9 miesięcy dyktatury wrednych hormonów i 6 miesięcy skrajnie despotycznych rządów bezzębnej istoty, napiszę tylko, że 22 lipca 2010 roku zostałam mamą Radzika i to odwróciło do góry nogami cały mój świat:)

Żyć do góry nogami bywa bardzo ciężko, ale bywa też bardzo zaskakująco, ciekawie, radośnie... Bywa tak skrajnie inaczej niż kiedyś, że pewnie w pełni zrozumieją to tylko ci, którzy tak jak ja chodzą inaczej niż kiedyś:)

Zapraszam na filiżankę kawy i kęs pachnącego ciasta, rozgośćcie się!:)

10:22, luliluli
Link Komentarze (2) »
1 ... 11 , 12 , 13 , 14
 
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers