Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
czwartek, 29 września 2011
Jak robi wróbel?

Wobec braku możliwości werbalizowania myśli, a więc możliwości pokazania, jak "robi", powiedzmy, krowa, Radzik ma coś swojego, coś co pasuje do niego niesłychanie choć niezamierzenie.

Pytam, gdzie się schował mój wróbelek, a on biegnie do mnie, machając "skrzydełkami", to chyba najbardziej wzruszeniogenna zabawa, jaka nam się w ostatnich miesiącach wymyśliła.

I jeszcze używanie mojej dłoni w sytuacjach, gdy własna nie ma wystarczającej mocy sprawczej. Łapie mnie za palec i ciągnie w stronę drzwi balkonowych, żeby je otworzyć. Ciągnie mnie za nadgarstek, żeby pokazać, że chce postawić jeździk w innym pomieszczeniu. Cudowne. Po raz tysięczny jestem pod wrażeniem jak precyzyjnie można się komunikować z tak małym człowiekiem, jeśli tylko chce się w niego wsłuchać.

wtorek, 27 września 2011
Mając w pamięci słodki baklavy smak...

Wróciliśmy z ciepłych wakacji, padnięci i wypoczęci, opaleni raczej średnio, bo z dzieckiem jak wiadomo to se ne da. Baliśmy się bardzo, zwłaszcza lotu, bo dzień przed wyjazdem Radzik nam się rozchorował, ale było super, był chyba najspokojniejszym dzieckiem w samolocie, ze wszystkich samolotowych trików potwierdzam - lizaki rulez, dla zabicia wyrzutów mieliśmy takie witaminowe z apteki;)

Okazało się, że Radzik jest urodzonym podróżnikiem, odważnie eksplorującym nowe tereny, zawiązującym nowe znajomości bez oglądania się na barierę językową.
Choć wybraliśmy miejsce raczej zaciszne, codziennie miał wiele okazji do nowych wrażeń - polizał go osioł, szukał rybek w morzu, obserwował jedzącą kozę, zrywał oliwki, zbierał kamienie, osobiście zamawiał w barze wafelki do lodów przez donośne "MAMAM", nauczył się przekraczać wysoki próg na balkonie, siedział na ścigaczu, leciał samolotem i tak dalej.

Ktoś na forum rówieśniczym pisał o mężu, który uznał, że dziecku wszystko jedno, co z jego  wakacjami - noł łej, Radzik przeżył wakacje życia i ciągle komuś o tym opowiada (jednym z elementów jest pokazywanie wszystkich z kolei ugryzień komarów, których ma biedaczek bardzo wiele).

Dla nas były to wakacje po brzegi wypełnione aktywnością, nie da się ukryć, że wyjazd z dzieckiem to już nie te same wczasy i czasy, kiedy można było przy basenie łapać promienie słońca do szklaneczki z kolorowym drinkiem.
Ale dzięki jako takiemu podziałowi czasu na "wspólny, półwspólny i osobny", daliśmy radę, więc były nawet drinki z parasolkami i opalanie przy basenie.

Wróciłam naładowana, nastawiona optymistycznie do powrotu do pracy, do jesieni, do dalszych zmagań mamowych. Sympatycznie odświeżywszy życie rodzinno-małżeńsko-osobiste, po raz pierwszy w życiu czuję, że urlop naprawdę się przydał, był jedyny w swoim rodzaju i potrzebny, jak żaden inny wcześniej.

sobota, 17 września 2011
Przedwakacyjny spis rzeczy (niepo)ważnych

Za nami marudny dzień pod znakiem megakataru, tradycyjnie wręcz - na dwa dni przed wylotem na wakacje. Po ciężkim dniu Radzik śpi spokojnie nasmarowany Pulmexem, w ciepłych skarpetach pod piżamą, do pełna zatankowany matczynymi przeciwciałami.

Od wielu dni zbieram się, by zachować tutaj kilka Radzikowych śmiesznostek, więc żeby nie odwlekać, zrobię to dziś, teraz, zaraz, niniejszym, pod spodem;)

Po każdej porannej pobudce pierwsze słowo brzmi "nenene" i oznacza, że mam włączyć YouTube w telefonie, by mógł sobie do woli pstrykać, czy chce głośniej czy ciszej. Z każdego miejsca w domu wyłapie dźwięki ulubionych dżingli na VH1, a od ich skupionego odbioru nie jest go w stanie oderwać nawet czyjeś wyjście. Bawiąc się na łóżku, każe rozsunąć poduszki, by mieć bezpośredni dostęp do parapetu z wieżą i z wyszczerzonymi (nielicznymi) zębami przełączać źródło, regulować głośność i wyłączać/włączać sprzęt (reszta przycisków w głębokim poważaniu).

Dla urozmaicenia zabaw ruchowych - biega, chodzi do tyłu, skacze po łóżku (nie odrywając przy tym stóp od powierzchni), kładzie głowę na kanapie stojąc do niej (kanapy) tyłem, siada na swoje autko-pchacz, niezmiennie manewrując w ten sposób, że ostatecznie siada tyłem do kierunku jazdy i wścieka się, że nie widzi "kokpitu".

Podczas zabawy w łóżku kilka razy dziennie bawi się w zabijanie komara poprzez intensywne okładanie ściany w miejscu, gdzie po ostatnim komarze pozostała tylko krwista kropka.

Z obowiązków domowych - odkurza ze mną, skupiając się na regulacji mocy, wiesza pranie poprzez niekończące się strzepywanie ukradzionego z pralki ciucha, robi pranie przez wrzucenie do pralki losowo wybranych ubrań wraz z akcesoriami kąpielowymi, kluczami, jarzębiną i butem, ścieli łóżko, potrząsając kołdrą.

Jedząc posiłek, prosi o kawałek papieru, którym delikatnie raz po raz przeciera blacik; z każdego posiłku tworzy muesli, domagając się podania płatków/rodzynek, które skrupulatnie po jednej sztuce dorzuca do miseczki, miesza i spożywa wraz z resztą potrawy; wszędzie wypatrzy zużytą puszkę Coli, którą następnie obnosi po całym mieszkaniu, raz po raz markując popijanie trunku i częstując współmieszkańców; widząc, że ubrudził ubranie cząstkami jedzonego budyniu czy owsianki, domaga się zdjęcia tychże łyżeczką przez rodzica, by kontynuować posiłek "na czysto"; opanowawszy sztukę nabijania widelcem, przeszedł do wyższego poziomu i wszelkiego rodzaju (i kształtu) pożywienie stara się szuflować bez nabijania, co w 40% przypadków kończy się klęską kilkanaście milimetrów przed dotarciem jedzenia do celu - jednak niezrażony zupełnie, cierpliwie nabiera kolejne kęsy.

Z każdej odległości wypatrzy krzaczek irgi i jarzębinowe drzewko, głośno sygnalizując, że natychmiast chce dostać kilka kuleczek, prosi o zerwanie większości napotkanych kwiatów tak długo aż przestają się mieścić w dłoni (co jednak nie następuje zbyt powoli, bo w dłoni ma w tym czasie już kilka zebranych wcześniej kuleczek, kamieni i kasztanów); zupełnie nie daje sobie wytłumaczyć, że dłonie stanowią mocno ograniczone miejsce magazynowe i jest wyraźnie poirytowany, gdy nie chce się w nie mieścić kolejna zdobycz. Wyrzut zmagazynowanych zapasów następuje jedynie, gdy w pobliżu jest kałuża lub studzienka ściekowa, ponieważ obie są fascynującym trójkątem bermudzkim, w którym ciekawie i tajemniczo znikają zebrane skarby.

Jest kochany i można się z nim porozumieć jak z kilkulatkiem (jeśli tego chce oczywiście;)), mimo że wciąż nie używa prawdziwych słów (a propos - nowe "słowo" to wystawianie i chowanie języczka, które oznacza... 'kotka').

 

czwartek, 15 września 2011
Na łajbie z matką na ramieniu

Radzik został zaproszony na swój pierwszy bal! Z okazji urodzin starszej o blisko rok Barrrbary, której loki niemal od pierwszego spotkania wpadły mu w oko;)

Impreza ma być w stylu pirackim. Po prostu nie mogę się doczekać!

Tak, ja:> Idę jako osoba towarzysząca, ma się rozumieć.

Mam tysiąc pomysłów na balowy imidż Radzika, tylko czy 14-miesięczne dziecko zgodziłoby się na przepaskę na oku? Albo hak w dłoni?

Hmmm, muszę głęboko przemyśleć wykonalność swoich pirackich inspiracji. I doprecyzować, czy osoby towarzyszące też obowiązuje balowy dress code, bo na swój imidż mam zdecydowanie mniej pomysłów... Hmm, może odnajdę się jako małpka do towarzystwa?;)

Tagi: mama Radzik
14:12, luliluli
Link Komentarze (5) »
piątek, 09 września 2011
Radzik koktajlowo

Co ja wiem o gotowaniu?! NIC. Zupełnie nic w porównaniu ze wschodzącym słońcem światowej kuchni, mistrzem świata baristów, nadzieją polskiego yyy kuchennictwa - moim synem.

Od pewnego czasu Radzik konstruuje najdziewniejsze potrawy jakie w życiu widziałam, szczególnie polubił koktajle. I żeby nie było - po sporządzeniu takiego trunku do dna wypija całą zawartość i wyjada elementy stałe - bez mrugnięcia okiem, bez cienia obrzydzenia na twarzy. Prawdziwy twardziel.

Oto kilka przypadkowo wybranych przepisów, być może ktoś zechce sam przetestować klasę mistrza kuchni.

1) Koktajl wysokobiałkowy: woda, szynka, salami. Starannie wymieszać widelcem.

2) Koktajl śniadaniowy, wersja podstawowa: woda, płatki (pełnoziarniste lub owsiane). Uciskać pięścią aż płatki puszczą soki.

3) Koktajl śniadaniowy - opcje:

- woda, płatki, starannie rozgnieciony dłonią banan;

- woda, płatki owsiane, daktyle, konfitura rabarbarowa (zwany też owsianką na wodzie w wodzie);

4) Koktajl WERSJA BIEDA - woda, chleb.

5) Przysmak Halloween - zupa dyniowa z ryżem, płatki pełnoziarniste. Ugniatać łyżeczką do całkowitego wymieszania.

6) Long drink WIOSNA - woda, świeży ogórek.

7) Long drink LATO - woda, zmiażdżona brzoskwinia.

8) Drink ZDROWY BRZUSZEK - herbata koperkowo-rumiankowa, banan.

 

W przygotowaniu jest już kolejne wydanie kuchennych inspiracji mojego syna - tym razem Radzik obiadowo;)

Tagi: BLW Radzik
12:11, luliluli
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 września 2011
Jedzeniowe dylematy kontra matczyna intuicja - 0:1

Przecieram oczy ze zdumienia, bo albo zepsuła nam się waga, albo Radzik w ciągu tygodnia przytył o 1,5 kg. Łał. Chyba sprawdzę na wadze sąsiada;)

Nie byłoby to jednak nic specjalnie dziwnego, zważywszy, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy oscylował był syn nasz słodki wokół magicznego 3 centyla. Jestem zdziwiona i dumna zarazem, że jako matka nie zwykłam panikować w sytuacjach z życia rodzicielskiego tak zaciekle jak w sprawach własnych;)

A powodów dla mamo-panikary znaleźć można było u nas aż zanadto. W większości w kwestiach żywieniowych.

Z początkiem maja Radosław odmówił stanowczo bilansowania sobie diety i uparcie spożywał wyłącznie mięso. Cierpliwie oddzielał wszelkie niemięsne dodatki - zeskrobywał najmniejsze cząsteczki chleba z szyneczek, uważnie wyskubywał ryż i warzywa ze standardowych obiadowych szybciochów, z pogardą zrzucał na ziemię wszystko, co mięsem nie było. Zaufaliśmy mu, mimo że strajk trwał blisko 3 miesiące a zza winkla co-i-rusz wychylał się ktoś chętny solidnie nakarmić wybrzydzające dziecko. Matczyna intuicja podpowiadała, że eksperyment dietetyczny syna musi mieć swoją przyczynę i rzeczywiście - wraz z opanowaniem sztuki samodzielnego chodzenia (mozolnie szlifowanej od maja właśnie) Radzik zakończył mięsną erę i wkroczył dumnie w stadium węglowodanowe.

I tak od lipca królują u nas kasze, ziemniaki, gotowane marchewki, a miłością bezbrzeżną obdarzone zostały wszelkiego rodzaju gruszki, brzoskwinie, winogrona i inne owocowe słodkości, które jeszcze kilka tygodni wcześniej w hierarchii ważności spoczywały zaraz obok ziarenek piasku i kurzowych kotów.

Podobnie ostatnio, gdy byłam już niemalże trafiona przez ogromny szlag spowodowany nocnym żerowaniem, właśnie gdy zdążyłam Kupić-teraz słynną "Noc bez płaczu" w celu natychmiastowego przeczytania i zastosowania, gdy niemalże dałam się ponieść tłumowi i przekonać, że roczne dziecko coś tam w sprawie karmienia piersią powinno, musi, koniecznie, jest za duże na to, bez przesady, jak tak można i tak dalej - wyjęłam wagę. A tu taka niespodzianka!

I masz, babo, odpowiedź. Roczne dziecko, a właściwie rocznego dziecka matka: powinna, musi, koniecznie i z przesadą - ufać, że dziecko wie najlepiej:)

To zapisuję sobie - ku pamięci. I żeby podtuczyć nieco swoją - wciąż niezbyt odważną - matczyną intuicję!

czwartek, 01 września 2011
Strona bierna zamierzona

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że 9/10 dzieci urodziło się swoim rodzicom zupełnie jak Pinokio - kochane małe przedmioty, do których ktoś przez przypadek nie podał instrukcji obsługi.

Rano (o ustalonej porze) są wyciągane z łóżeczek, przewijane i sadzane w krzesełku. Tam są (o konkretnej godzinie) karmione konkretną ilością (w mililitrach) kaszki, dwukrotnie przecierane bawełnianym śliniaczkiem i stawiane do kojca z zabawkami, gdzie bawią się (tu konieczna strona czynna czasownika) ustaloną (w minutach) ilość czasu. W (konkretnej) porze sadza się je w krzesełku i podaje (konkretną) łyżeczką zaplanowane (w centymetrach) ilości owoców, które zalewa się ustaloną choć z grubsza (w mililitrach) ilością odpowiedniej na ten dzień tygodnia herbatki. Gdy wybije (ustalona) godzina, są wsadzane z powrotem do swojego pudełeczka... wróć... łóżeczka, w którym w konkretnym przedziale czasowym (w sekundach) zapadają w konkretną (w godzinach) drzemkę, z której wybudzają się w celu odbycia konkretnego (pod względem czasu i trasy) spaceru. Po powrocie pierwsze danie, drugie danie (w kolejności, o czasie i wg przydziału ma się rozumieć), porcja zabawy. A potem znowu sadzanie, karmienie, kropla autonomii - samodzielne mycie zębów i do pudełeczka.

Kiedy nadchodzi TEN czas, że nagle odpowiedzialność za różne codzienne czynności jak grom z jasnego nieba niespodziewanie spada na dziecko?

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w naszej rodzinie pola autonomicznych działań i decyzji dziecka i tych, które leżą w gestii rodzica a są z dzieckiem związane prezentują się dokładnie i bez wyjątku odwrotnie niż w innych rodzinach. Ups, skłamałam, Radzik też woli myć zęby samodzielnie;)

Tagi: mama
12:27, luliluli
Link Komentarze (23) »
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers