Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
czwartek, 28 lipca 2011
Kolacja na słodko - gofry bez jaj i mleka

Właśnie jemy te cudowne słodkości, smakuje i nam i Radzikowi:)

Przepis bazowy wzięłam z ciekawego bloga o śniadaniach. W mojej wersji wyglądał tak:

 

- szklanka wody,

- szklanka mleka owsianego,

- szklanka mąki razowej,

- szklanka mąki zwykłej pszennej,

- 2 łyżki rozpuszczonego masła klarowanego,

- łyżka miodu,

- 2 łyżeczki proszku do pieczenia.

 

Wymieszałam w mikserze i bez tłuszczu usmażyłam w gofrownicy.

Niebo w gębie, słodkie, zdrowe, pożywne. Z dżemem malinowym po prostu BOMBA:)

wtorek, 26 lipca 2011
Chcemy

Szykujemy się do sobotniej imprezki urodzinowej:) Chcę, by był to dzień dla nas wszystkich ważny, zapadający w pamięć. Będzie tylko najbliższa rodzina i duże grono bliskich sercu niekrewnych;) Tego dnia Radzik usłyszy "Sto lat" tylko od osób, które zawsze w jakiś sposób będą blisko naszej rodziny. Żadnych cioć "wiem lepiej" i wujków "jestem zajęty". Cieszę się, właśnie tak wyobrażam sobie ważne momenty w naszym wspólnym życiu. Bez "wypada", "należałoby", "powinniśmy". Czyste "chcemy". Gdyby tylko pogoda zechciała...

Tagi: jubileusze
12:15, luliluli
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 lipca 2011
Pierwszy wspólny rok

22 lipca 2010 roku był najdziwniejszym dniem w moim życiu. Najstraszniejszym i najpiękniejszym zarazem. Jak wspominałam go po wyjściu ze szpitala? Niedobrze, dziś odkopałam to, co zachowało się w mojej głowie:

W czwartek o 21.32 urodziłam Radzia - 3730 g i 54 cmsmile

Od 3 po południu w środę miałam bolesne skurcze. Nie tak bardzo, ale
jednak. Były co 7-10 minut. W końcu po spacerach, kąpielach i tak
dalej zdecydowaliśmy pojechać na porodówkę ok. 22. Przyjęto nas
godzinę później.

Rozwarcia brak, szyjka miękka, zamknięta. Skurcze na KTG bardzo
duże, ale bolesne do zniesienia. Dowiedziałam się, że znieczulenia nie
dostanę, bo Radzik za duży i to niebezpieczne. Poza tym dostaje się
je od 3-4 cm rozwarcia, a to nam się nie udało ostatecznie
Podpięli pod KTG, załatwili formalności i zostawili nas samych.
Skurcze nasiliły się, wciąż jednak były raz regularne a raz na
chwilę przechodziły na więcej minut.
Jakoś około 1 w nocy dostałam relanium - miałam po nim zasnąć,
urodzić, albo cokolwiek. Niestety, byłam jedynie otumaniona i mimo
leku nie udawało mi się spać między skurczami, które miałam wtedy co
9 minut.
Mąż pojechał się przespać do domu.
O wpół do piątej zadzwoniłam po niego z powrotem - skurcze były
coraz bardziej bolesne, nieco częstsze, o ile pamiętam od wtedy już
co 6 minut.
Wciąż jednak dawałam sobie radę.

Każdy dodradzał co innego - w trakcie porodu trafiliśmy chyba na 3
różne zmiany lekarzy. Jedni kazali spać - nie udało się. Inni ruszać
się - od rana zabrałam się za to podwójnie - piłka, worek sako,
kucanie,
chodzenie. Ledwo miałąm na to siły, ale wciąż miałam nadzieję, że
poranny obchód oznajmi mi, że jest rozwarcie.
No i było... Na opuszek.
Dostałam przykaz najedzenia się i zrelaksowania. Dostałam śniadanie,
które wprost pożarłam wzięłam dłuuuugi prysznic. Dalej starałam
się być non stop aktywna, choć nie było to łatwe po takiej nocy. Co
jakiś czas podpinano mnie pod KTG, skurcze wciąż były dziwne - na
jednym badaniu wychodziły poza skalę i były bardzo regularne, na
innym rozjeżdżały się i ledwo dobijały do połowy, mimo że ból
odczuwałam tak samo lub coraz bardziej. Wciąż była nadzieja, że może
się uda. Szyjka była miękka, wszystko gotowe, jakby zaraz miało się
zacząć coś dziać. Niestety...

W końcu zapadła decyzja o podaniu oksytocyny. Dostałam kroplówkę ok.
13. I tak jak się obawiałam, wszystko się zaczęło wymykać spod mojej
kontroli.

Z czasem skurcze były co 5 minut, bardzo mocne i bolesne.
Na dodatek pierwszą godzinę czy nawet dłużej musiałam być podpięta
pod KTG i znosić to na łóżku (udało się wywalczyć, że na siedząco)
Po południu dostałam obiad. Jakoś udało mi się go zjeść, wciąż
bowiem miałam nadzieję, że im więcej sił nazbieram, tym bardziej
prawdopodobne, że się uda.

Od okolic obiadu zaczęło być naprawdę bardzo ciężko. Skurcze co 3
minuty, bardzo bardzo bolesne. Każdy następny zupełnie zabierał mi
energię i siły psychiczne.
Od siedemnastej byłam na skraju wytrzymałości, podczas skurczy
leciały mi łzy, zaczynałąm tracić nad sobą panowanie Strasznie
dłużył mi się czas w oczekiwaniu na jakąkolwiek decyzję w mojej
sprawie. Podano mi ogłupiacz, w efekcie zrobiłam się
jeszcze bardziej otumaniona emocjonalnie i całkiem straciłam siły
Pod wieczór zaczęłam już zupełnie bez kontroli nad sobą krzyczeć
podczas skurczy, rozwarcie doszło do 1 palca i nie postępowało ani o
krok. Ja nie miałam już sił. Krzyczałam i płacząc prosiłam męża,
żeby kazał im zrobić mi cesarkę, bo umrę...

Jakimś zupełnym cudem wytrzymałam do 21, kiedy dowiedziałam się, że
nici z porodu siłami natury, rozwarcie nie postępuje, nic się nie
zmienia i zrobią mi "wymarzoną" cesarkę. Nigdy bym nie pomyślała, że
ta wizja mnie ucieszy.

Jak weszłam do sali operacyjnej, nawet skurcze wydały się mniej
bolesne, operacja trwała krótko, nie należy to do przyjemnych przeżyć.

A po - nie można się ruszać 12 godzin, nawet głowy podnosić, no i nie da się opiekować dzieckiem. My niestety i tak nie mogliśmy, bo mały tak krzyczał, że zabrali go
na całą noc na oddział noworodkowy do obserwacji. Na szczęście
okazało się, że nic mu nie jest, choć do dziś nie wiadomo, czemu był
tak pobudzony. Podejrzewam, że ilość leków jakie mi podano mogła
mieć na to jakiś wpływ.


Po narodzinach Radzik był z tatusiem, a mnie zszywano.
To niemiłe nie móc dostać dziecka na ręce zaraz po urodzeniu, smutno
się robi od razu.

Generalnie poród będę wpominać koszmarnie, w tym moemencie nie wiem,
czy kieduykolwiek zdecyduję sie przeżyć to samo raz jeszcze.


Ale najważniejsze, że nasz mały synek jest już z nami, dla niego
warto było przez to przejść smile 

Dziś jeszcze na wspomnienie tamtych godzin szybciej bije mi serce. Od wczoraj mam dość melancholijny nastrój. Jestem dumna, Radzik jest już tak duży, dojrzały - mały chłopiec. Tyle razem przeszliśmy. Tyle się zmieniło. Smutno mi, gdy pomyślę, co działo się rok temu o tej godzinie, radośnie, gdy wspomnę, że o tej samej godzinie dzień później mogłam się wtulić w kochane małe ciałko, całą sobą zapaść się w ten moment, gdy po tylu godzinach samotności i strachu nareszcie wrócił do nas Radzik.

Wczorajszy obiad zjedliśmy tam, gdzie rok wcześniej, gdy podekscytowani spisywaliśmy w notesie kolejne skurcze. Tym razem z Radzikiem po drugiej stronie brzucha:)

Trudny rok, wymagający sił więcej niż jakikolwiek wcześniejszy, uczący od podstaw cierpliwości, wytrwałości, empatii, zaufania do siebie samego i siebie nawzajem. Rok, w którym wszystko się zmieniło, wokół nas, ale i w nas. Rok, po którym już nigdy nie będziemy tacy jak kiedyś. Piękny, wzruszający, emocjonalnie intensywny do czerwoności, nadający życiu, szczęściu, dumie i radości 100% wartości.

Z okazji pierwszych urodzin i zupełnie bez okazji - dziękuję Ci, synku, że jesteś:)

czwartek, 21 lipca 2011
Zabawa na niepogodę

Za oknem plucha, zimno i wieje. A my bawimy się w najlepsze w swojej własnej piaskownicy;) Paczka dmuchanego ryżu, kilka misek i dziecięca wyobraźnia to mieszanka wybuchowa.

Polecam!

Tagi: Radzik zabawa
10:48, luliluli
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2011
Mama

No to mamy prawdziwy Dzień Matki! Radzik dziś po raz pierwszy zwrócił się do mnie per "mama":) Nie spodziewałam się, że jakiekolwiek pojedyncze słowo może wywołać tak wielkie emocje. To piękne być mamą!

Wszystko zawdzięczam resorakowi, który wpadł pod szafkę. Proszącym wzrokiem i rozbrajającym "mama, ba" Radzik dał znać, że potrzebuje pomocy. Chodzę dziś 30 centymetrów ponad chodnikami;)

wtorek, 19 lipca 2011
Bez słów rozmowy

Dzisiejszy poranek wzruszył nas niesłychanie, Radzik przywitał tatę gilgotaniem w pachę (czyt. gwałtownym wbijaniem palca) i całusem:) Cudownym, niespodziewanym, kochanym całusem. Dostało się też i mnie, ale dopiero po prośbie;)

Czułość Radzika i to, jak komunikatywny stał się w ostatnim czasie jest dla nas powodem do niesłychanej dumy. Od niedawna ulubionym zajęciem Radzika jest czytanie - kartonowych książeczek, gazet a nawet dorosłej bezobrazkowej literatury. Czytanie polega na siadaniu mamie na kolanach i pokazywaniu przeróżnych szczegółów. Mnie oczywiście najbardziej rozbraja moment zasiadania na kolanach z wyszczerzoną miną i wtulania się na czas lektury. Milej bywa chyba tylko wieczorami, gdy popijając mleczko, przytula się możliwie największą powierzchnią ciała, zarzucając na mnie ramię i nogę i w ten sposób zapadając w sen.

Trudno opisać, jak cudowne to uczucie, gdy już całkiem świadomie i chętnie Twoje dziecko okazuje Ci swoje uczucia.

Także chodzenie stało się formą komunikacji między nami. Gdy nie mogę zrozumieć, co jest powodem niezadowolenia lub smutku Radzika, proszę, by dał mi rękę i pokazał mi, co się stało. I tak na przykład zostałam dziś zaprowadzona pod drzwi wejściowe z wyraźną informacją, że chodzi o nieobecność taty. Wystarczyło wytłumaczyć, że tata wyszedł do pracy i wróci, gdy będziemy jeść obiad, a dziecko wróćiło do zabawy samochodzikami. Niesamowite!

To szokujące, jak wiele rozumie roczne niemowlę. Jak bardzo stara się porozumieć z innymi osobami. I jak dziwny to proces, w którym łatwo się pogubić i nie zrozumieć, a czasem równie łatwo znaleźć wyjście z problemowych sytuacji.

piątek, 15 lipca 2011
Godzina zero i zero zgodności z rzeczywistością

Dokładnie rok temu Radzik miał się w końcu urodzić i... zrobił niespodziankę - poczekał jeszcze tydzień aż odejdą upały, doobre dziecko, choć pamiętam, że wtedy nie było mi do śmiechu chodzić z wielkim brzuchem i czekać jak na ścięcie, kiedy całodobowe skurcze zamienią się w coś więcej.

Zainspirowana wpisem Mrożonki przypomniałam sobie, jak bardzo moje wyobrażenia o posiadaniu dziecka nie przystawały do objawionej tydzień później rzeczywistości.

Skomlałam na prawo i lewo, jak to strasznie być nadal w ciąży, jak źle się słucha głupot o tym, że warto się jeszcze wyspać, nacieszyć samotnością we dwoje, wolnym czasem, poczytać, ugotować coś smacznego. Miałczałam, jak musi być dobrze już mieć obok siebie małego nowo narodzonego człowieczka i zostawić za sobą koszmarną końcówkę krańcowej postaci ciążowego zhipopotamienia i spuchnięcia. Jak bardzo błędnie zakładałam, że mały człowieczek robi w życiu umiarkowanie sporą rewolucję... Hmm, należałoby dodać, że nasz człowieczek bez wątpienia bije na głowę wielu całkiem dużych już ludzi pod względem umiejętności wywrócenia na lewą stronę całego dotychczasowego życia i świata. To, co myślałam o byciu rodzicem, jeszcze nim nie będąc, zupełnie nie pokryło się ze zmodyfikowaną obecnością osoby trzeciej rzeczywistością.

Nie wiem, kto redaguje te wszystkie głupie kolorowe czasopisma dla wymuskanych mamuś i wyszczerzonych w szcztucznym uśmiechu gładkich dzieci. Rodziców, których największym problemem jest kierunek wycierania pupy nowo narodzonego ludzika, którzy całymi dniami rozmyślają, kiedy nareszcie zapiszą na basen swoje różowe maleństwo. Maleństwo, które oczywiście cały dzień słodko ssie paluszek i szczerzy dziąsełka w sennym uśmiechu, w wolnych chwilach popłakując z powodu nieopatrznie nieoderwanej metki od śpioszków. Wrr

Gdyby zawartość tych poradników odnosiła się do rzeczywistości i gdyby tworzono je nie dla reklamodawców a dla realnych rodziców, z pewnością przynajmniej połowę stanowiłyby porady psychologów, lekarzy-specjalistów, doradców laktacyjnych i neurologów. Dla nieprzytomnych ze zmęczenia, poranionych fizycznie i psychicznie matek, dla wystraszonych i złych na swoją niemoc ojców, dla rodziców, którzy od świtu do nocy w pocie czoła uczą się rozumieć sygnały wysyłane im przez dziecko, łagodzić ból zamiany bezpiecznego łona matki na szorstki i nieprzyjazny świat zewnętrzny, masujących, bujających, śpiewających, karmiących, noszących, a w nielicznych wolnych chwilach walczących o niepostradanie zmysłów, gdy każda życzliwa osoba ma swoją niezawodną receptę na szybki sukces w świeżorodzicielskich zmaganiach, zazwyczaj za pomocą metod z pogranicza barbarzyństwa.

Pamiętam, jak abstrakcyjne wydało mi się w pewnym czasie pytanie "To znaczy, że nie może Pani się umówić z koleżankami na kawę i sobie wyjść?"...

Gdyby zawartość tych poradników odnosiła się do rzeczywistości, pewnie połowę należałoby zostawić pustą, bo chyba nie ma takich słów, którymi możnaby (bez wpadania w egzaltację) wyrazić, jak wiele rodzic oddałby za życie, szczęście i zdrowie swojego dziecka i jak ta nowa miłość wznosi nas ponad wszystko co do tej pory znaliśmy.

Upsss, chyba popadłam w egzaltację;)

wtorek, 12 lipca 2011

Uwielbiam rozumieć, dlaczego moje dziecko robi coś właśnie tak a nie inaczej:)

Dziś przypadkowo trafiłam na rozwiązanie zagadki pt."dlaczego Radzik bryka nad ranem". Od niepamiętnych czasów w okolicach 5 rano Radzik zaczynał się nieustannie wiercić i przez sen domagać piersi. Bez względu na ilość pobudek w nocy.

Wpadła mi w oko informacja, jakoby fazy snu u maluchów znacznie skracały się nad ranem właśnie. Dlatego też część dzieci (większość butelkowych) buzi się wyspana bladym świtem, a druga część (większość piersiowych) nad ranem włącza ssanie i tylko tak umie dospać do względnie przywoitej godziny.

Tadaam.

Kocham to uczucie, gdy można w głowie ohaczyć kolejny punkt, swiadczący o tym, że wszystko jest ok, że tak ma być. Że samo minie w miarę upływu czasu.

Jeszcze tylko niech mi ktoś powie, kiedy Radosław przestanie się budzić na pierś i lulanie w połowie dziennej drzemki...

Tagi: sen
13:28, luliluli
Link Komentarze (6) »
piątek, 08 lipca 2011
Na placu bez zabaw

Smutna historyjka z placu zabaw. W piaskownicy siedzi na oko dwuletni chłopczyk, chce wyjść, więc zaczyna się gramolić na zewnątrz, podchodzi (jak sądzę) jego babcia i tonem nie znoszącym sprzeciwu mówi, że go stamtąd sama wyciągnie i tak też robi. Mały protestuje, więc babcia z impetem wsadza go z powrotem do piasku. Chłopiec potyka się o coś, babcia z tryumfem w głosie mówi "bardzo dobrze, widzisz, barrrdzo dobrze, teraz sobie wychodź". Dzieciak zaczyna płakać, więc babcia szybko przestawia go w inne miejsce. Z braku własnych zabawek mały chce pobawić się plastikową kosiarką innego chłopca. Babcia przez dłuższą chwilę mu zabrania i szarpie, by odszedł od zabawki, w końcu babcia właściciela kosiarki sama podaje dziecku zabawkę wnuka.

Chłopiec zadowolony zaczyna pchać ją po placu, co też nie spotyka się z aprobatą babci, której zdaniem kosiarkę musi natychmiast przestawić na trawę. Dziecko protestuje, zostaje więc siłą przełożone na trawnik. Postanawia pchać kosiarkę pod drzewem. Nie wiem, czy to znajdujące się tam liście, czy jakaś skrajnie złośliwa menopauza każą babci natychmiast zawrócić chłopca w stronę pozbawionej liści części trawnika. Chłopiec od czasu pobytu w piaskownicy co chwilę wybucha płaczem. Tego też babcia nie może już dłużej znosić i przywołuje go do porządku szarpnięciem za ramię, klapsem i wycedzonym przez zęby "masz się uspokoić, bo pójdziemy do domu"...

Po wyjściu z placu zabaw nie mogłam przestać myśleć o tym biednym chłopczyku. Może w takich chwilach powinnam zareagować? Przywołać babcię dziecka do umiarkowanego porządku? Jak? Mam wątpliwości, czy jakakolwiek interwencja z zewnątrz nie zaogniłaby tylko sytuacji. Może babcia przeniosłaby jedynie tę musztrę w zacisze własnego domu? A może tłumaczę się, bo wciąż myślę, że jednak mogłam coś zrobić? Ja albo kilkanaście innych mam, które były tam wtedy razem z nami.

Nie lubię placów zabaw. Zbyt często wychodzę z nich z poczuciem, że jest jeszcze inny świat - świat smutnych dzieci, które kiedyś będą tłumaczyć, że nic złego się nie stało, bo przecież wyrosły na ludzi:(

Tagi: plac zabaw
11:46, luliluli
Link Komentarze (9) »
wtorek, 05 lipca 2011

Haha, z moich starych wpisów wyczytałam:

"Notka ku pamięci, dziś po raz kolejny samodzielnie pomalowałam paznokcie u stóp".

Równo rok temu o tej porze byłam już przecież niezłym wielorybem...

18:25, luliluli
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers