Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
czwartek, 28 kwietnia 2011
Bezchuście

Nie nadążam za swoim dzieckiem. Aktywowana pytaniem na forum chustowym, napadła mnie dziś ta nieco zasmucająca refleksja. Mój syn się odchustował. Ku mojemu zadowolenio-niezadowoleniu i satysfakcjo-rozczarowaniu.

Pamiętam, jak całe dni spędzałam z dzieckiem na piersi. Pamiętam pierwszy raz. Ten teoretyczny z motaniem 27-letniego pluszaka na wielkim ciążowym brzuchu. I ten praktyczny, gdy 14. dnia po narodzinach Radzika, obryta z teorii i misiowej praktyki, postanowiłam zamotać na sobie żywe dziecko. Udało się, choć dopiero z perspektywy czasu i doświadczenia widzę, że motałam nas wtedy dość beznadziejnie. Ten pierwszy spacer napawał mnie dumą. Zarówno z posiadania dziecka, jak i z powodu opanowania niesprawnymi ręcyma blisko pięciu metrów szmaty...

Zaczęłam nieśmiało - od noszenia raz dziennie. W ciągu kilkunastu dni przerzuciłam się na noszenie całodniowe z przerwami na karmienie, przewijanie, kąpiel i sen nocny. Radzik razem ze mną spacerował, czytał, prał, sprzątał, gotował (tego nie mówcie żadnej odpowiedzialnej osobie;)) i odpoczywał. Używaliśmy chusty do usypiania, spania, noszenia, uspokajania. Nie ruszaliśmy się bez niej nigdzie.

Dzięki chuście poznałam bardzo wiele mam. Tych z Klubu Kangura i tych z osiedla. Zaczepiło mnie bardzo wiele osób - od zachwyconych chustami, po te pytające, czy moje dziecko ma czym oddychać, czy jest żywe, nie wspominając o pani, która mijając nas szeptała mężowi, że mam w chuście... pieska.

Pamiętam, jak ostrzegano mnie, że chustą skrzywię dziecku kręgosłup i jak sugerowano, że przez nią ma dysplazję bioderek (którą nota bene leczyliśmy właśnie chustowaniem). Jak kasjerka w sklepie straszyła nas, że dziecko się ode mnie uzależni (!) i pożałuję, że noszę. Jak pani z budki z frytkami z podziwem zagadnęła: "bardzo pomysłowo pani zawiązała tę apaszkę":D

Pamiętam niezliczoną ilość spacerów, podczas których Radzik wtulał się we mnie cieplutkim policzkiem i spokojnie oddychając, zasypiał. Jak uśmiechał się przez sen. Jak pomrukiwał, zasypiając. I jak jego małe łezki świeciły mi na dekolcie, gdy płakał w trakcie choroby. Jak cichł natychmiat po wejściu w kieszonkę, gdy miał kolki.

Od miesiąca (może dwóch? trzech?) chusty leżą prawie nieużywane. Radzik sypia w łóżeczku, chustową bliskość zamienił na uwielbienie mleczka, w domu sam potrafi dotrzeć tam, gdzie ma ochotę, na dworze woli siedzieć w wózku - koniecznie tyłem do nas - żeby lepiej widzieć.

Z dumą opowiadam o tym wszystkim, którzy straszyli mnie niekończącymi się konsekwencjami noszenia. Z łezką w oku patrzę na mały stosik kolorowych szmat, w które Radzik już nie pozwala się zamotać inaczej niż mając gorączkę lub padając z nóg, a i to nie zawsze. Być może któraś z nich nie ruszy się z szafki aż do pojawienia się następnego małego chuściocha. Jedno wiem na pewno - następnego chuściocha będę nosić ile wlezie, wiedząc, że gdy nadejdzie TEN dzień, odmówi dalszego kangurowania, zostawiając mnie z rozwiniętą chustą i poczuciem, że gdy jesteś rodzicem, czas mija cholernie szybko.

Za szybko?

Tagi: chusta Radzik
16:49, luliluli
Link Komentarze (12) »
środa, 27 kwietnia 2011
Szczotka, pasta, kubek cukru

Po pierwszym niespodziewanym i bezbolesnym przyszedł czas na drugi ząb - wymarudzony i rozwścieczający, robiący z Radzika poirytowaną menopauzistkę;)

W ząbkowym międzyczasie dziecko nasze cudowne zaczeło nałogowo siadać z ziemi bez podpierania się zabawkami, co jeszcze do niedawna było rzadkością. Natomiast z powodu nocnej ruchliwości zostaliśmy zmuszeni do dosunięcia małżeńsko-rodzinnego łoża do ściany, żeby ograniczyć Radzikowi możliwość upadku. W połowie nocy zaczyna bowiem lunatycznie raczkować, wywracać się, wiercić tak, że kiedyś obudzi się chyba w innym pokoju. Być może prowokują go do tego swędzące dziąsła.

Poza tym wszyscy zdrowi, dziecko uzależnione od wielkanocnej szynki, matka od ciasta, ojciec pałający błogosławioną chęcią spędzania czasu z synem, słowem - bomba. Kaloryczna. Będę musiała karmić do osiemnastki, żeby pozbyć się tego świątecznego zcukrzenia.

PS czy dwa milimetrowej wysokości zęby należy myć? Czym? Jak? Kiedy?

poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Pierwszy ząb

Pojawił się znienacka - bez gorączki, objawów brzuszkowych, płaczu - pierwszy ząbek Radzika - lewa dolna jedynka. Wymacałam ją dziś rano - w Lany Poniedziałek, na początku dziesiątego miesiąca życia Radka. Oby kolejne wychodziły równie niespodziewanie!

piątek, 22 kwietnia 2011
Ciąża vol. 3. Początek

Równo 9 miesięcy temu przyszedł na świat nasz syn - dokładnie co do godziny 9 miesięcy po tym, jak został poczęty - co za punktualność!:)

Można by rzec, że mamy za sobą już drugą ciążę;) Po części jest tak, jakby coś się kończyło. Nowo narodzony Radzik jest już taki dojrzały - jakby był miniaturą dorosłego człowieka. Ma swoje upodobania i antypatie. Rozczulająco się zawstydza i wzruszająco wczepia w ubranie, gdy się czegoś boi. Nie lubi łysych mężczyzn. Uwielbia "hał" miłością bezdenną, do rozpuku śmieje się, gdy może pogłaskać hałową sierść albo posiłować się, czy wyrwie psu zabawkę. Jest niesłychanie ruchliwy, lubi się chwalić nowymi umiejętnościami - całymi dniami mógłby robić brawo, papa, przybijać piątkę, byle tylko mieć publiczność.

Tak wiele rozumie - można się z nim doskonale porozumieć. Wie, które to kot, a które pies, która to ciocia Hania, a która Aga;) Rozumie, gdy pytam, czy chce jeszcze mleczka - zawsze wtedy patrzy w wiadomym kierunku i postanawia wziąć jeszcze jeden łyk.

Polubił wózek i niemal zupełnie się odchustował. Da się zamotać góra raz w tygodniu (a przecież jeszcze niedawno nosiliśmy go po kilka godzin dziennie), tylko gdy jest bardzo zmęczony:( Mam ochotę napisać list do wszystkich, którzy straszyli nas, że chusta uzależni go na wiele miesięcy. Za dnia prawie zrezygnował z mleka, pije tylko, gdy sama mu przypomnę, a i to niezbyt często. Zajada sie szynką wielkanocną;)

Jest cudowny i rozczochrany naprawdę wygląda jak Ptaszek Tweety. Ciekawe, co będę mogła o nim napisać za kolejne 9 miesięcy...

Kolejne 9 miesięcy życia z Radzikiem właśnie dobiega końca, za nieco ponad pół godziny wybije godzina zero. 22 lipca o tej porze byłam u kresu sił fizycznych i daleko poza normą zdrowia psychicznego - rozdarta, rozbita, rozczarowana minioną dobą nieorgazmicznego porodu. A może już na stole operacyjnym? Hmm, nie pamiętam... Więc jeśli na stole, to byłam na granicy euforii i histerii, ukrzyżowana skórzanymi pasami na stole operacyjnym w sali z małych kafelków, które od zawsze kojarzyły mi się raczej masarsko i rzeźniczo niż szpitalnie i powitalnie dla nowego życia. Ale dość tych miłych wspomnień;) Radzik pojawił się wtedy na świecie i wywrócił go najpierw do góry nogami, a potem jeszcze na lewą stronę.

Nie chcę nawet pisać, co mam ochotę powiedzieć w tym momencie - pożarło mi ogromny wpis jubileuszowy!!!:P

Tagi: Radzik
21:11, luliluli
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 kwietnia 2011
Mała rzecz a cieszy

Dostałam dziś od swojego synka po raz pierwszy w życiu bukiet kwiatów:D 3 stokrotki, jedno żółte i jedno niebieskie coś, a ile radości. Wiadomo, że zbierał tatuś, nic dziwnego też, że oddając mi bukiecik, Radzik ciągnął z całej siły w swoją stronę kolorowy wiecheć - nieważne. Najważniejsze, że wzruszyłam się na myśl o tych wszystkich bukietach, laurkach i innych hendmejdach w wykonaniu mego pierworodnego, które - mam nadzieję - będę kiedyś dostawać. Jestem mamą - szok. Ja jestem mamą. Może nawet mam już włosy jak atrament i te sprawy... Znajomi z liceum pewnie by się uśmiali;)

21:50, luliluli
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 kwietnia 2011
Pierwsze słowo Radzika

Nie "mama", nie "tata". O nie nie. Pierwsze rozumnie wypowiedziane słowo Radzika to "hał" - oznaczające oczywiście psa. Używa od wczoraj, ale dopiero dziś jesteśmy na 100% pewni, że robi to świadomie i nazywa tak tylko psy. Jestem dumna jak paw! I bardzo ciekawa, czy nie przypadnie nam z małżonem miejsce poza pierwszą dziesiątką ważnych słów w życiu naszego dziecka;) Bo spodziewam się za chwilę "miał", "lali" i czegoś jeszcze, bez czego Radzik nie umiałby żyć - na przykład "nieeee!".

sobota, 16 kwietnia 2011
Froterowanie mu nie wystarcza

Po kilkunastu dniach przylepienia do mnie Radzik zaczyna się odpępniać. Mogę spokojnie zostawić go z małżonem i wyjść, co było nie do pomyślenia jakiś czas temu. Mogę nawet przebywać w innym pokoju, co ma swoje plusy i minusy, jednym z tych drugich jest ciągłe wypełzanie do przedpokoju, który jest w tej chwili najciekawszym pomieszczeniem, ponieważ znajdują się tam kurz, piach i buciory, czyli najsmaczniejsze przekąski niemowlęcia. Także mlekoholizm Radzika uległ znacznemu ograniczeniu ku mojemu (niepodziewanemu i szokującemu dla mnie samej) minimalnemu rozczarowaniu.

Syn nasz nagle wyswobodzony z objęć lęku speparacyjnego (niecałkiem, bo "w gościach" czasami przypomina sobie, że mama musi być obok i szuka mnie ze łzami w oczach), poświęcił się nowemu hobby, które przypadkiem wczoraj odkryłam.

W ostatnich dniach ginęło nam wiele drobnych zabawek - pałeczka od bębenka, klocki, smoczki (u nas robią za maskotki, skoro inne funkcje się nie sprawdziły). Wszystkie odnalazły się wczoraj. Mały otworek między fotelem a kanapą Radzik przystosował sobie do przechowywania zabawkowej drobnicy i w skupieniu ładował tam mniejsze części swojego kuferka maskotkowego. Zainspirowana asortymentem Radzikowej dziupli przeczesałam teren w poszukiwaniu reszty zgub. Okazało się, że przestrzenie podkanapowe i podfotelowe są pełne upchętych tam na siłę skarbów - paczka chusteczek, Mały Głód, druga pałeczka od bębenka i tak dalej. Niespecjalnie zdziwiły mnie te odkrycia, bo ostatnie dni Radzik spędzał głównie na wygrzebywaniu z otchłani podmeblowych zakamarów przeróżnej wielkości kotów kurzowych, paproszków i okruchów, nic więc nie stało na przeszkodzie, by te znaleziska podmienić na elementy zabawkowe.

Warto czasami przyjrzeć się dokładniej zabawom swojego dziecka, może wszystkie mają jakiś głębszy cel? Może chodzi o wysprzątanie mieszkania?

środa, 13 kwietnia 2011
Taczka, kot i didaskalia

Życie nie znosi pustki, Radzik też, więc na czas rozbratu z psem przygruchał sobie kota. Kot jest umaszczenia zielonego i jak go puknąć, wydaje puste dźwięki, ponieważ jest z drewna. Na co dzień bytuje na półce z książkami. Od niedawna jest ulubionym kumplem Radzika - zaraz po przekroczeniu progu pokoju Radek wita go radosnym uśmiechem i podniesieniem ręki - tudzież wystawieniem palucha. Z bliska kot (przerwa na karmienie) zdaje się nie jest juz tak atrakcyjny, bo zaraz po pokazaniu, gdzie ma oko, Radzik przestaje się nim interesować. Domyślam się więc, że atrakcyjność zielonego przyjaciela tkwi w jego napółeczkowej kociej niedostępności.

(przerwa na karmienie)

Tymczasem ja od kilku dni szukam spacerówki idealnej. Im dłużej szukam, tym bardziej mam ochotę w celach przewozowych zakupić rodzimą taczkę (może znajdzie się taka o wadze poniżej 7 kilo??). Oszczędziłoby nam to wielu dylematów dotyczących pałąków, podnóżków, kątów odchylenia oparcia, rozmiarów budki, ehh. Odkąd jestem matką, robię habilitację z chust i nosideł, laktacji, wózków, żywienia niemowląt i psychologii dziecięcej. Może powinnam to wpisać do CV?;)

(błagam o jak najmniej przerw na karmienie, bo idę spać...)

Matczyna refleksja z samego dna worów podocznych

Na fali koszmarnych nocy, jakie ostatnio funduje mi Radzik, budząc się z wrzaskiem na milion posiłków, doszłam do wniosku, że urlop wychowawczy jest wybawieniem. I to nie dla dziecka, jego rozwoju, poczucia bezpieczeństwa, ple ple ple, a dla matki.

Nie wyobrażam sobie wstawania o 5.30 po TAKICH nocach, prędkości, z jaką musiałabym brać prysznic i jeść śniadanie, a która już teraz zaczyna być ponadświetlna z powodu Radzikowego miałczenia, powrotu do domu, który zamiast z chwilą wyciszenia kojarzyłby się pewnie tylko ze sprintem między obiadem, Radzikiem, pracami domowymi. Nie wiem, jak miałabym zmieścić w jednej dobie czas dla męża, dziecka, gotowania, sprzątania, prania, spania, jedzenia i skąd wyrywałabym pazurami chwile dla siebie. Brrr, sama wizja dreszczy mi plecy.

Nie będę hałs menadżerem zbyt długo, bo już za kilka miesięcy planuję odkurzyć swoje życie zawodowe, ale wciąż mam nadzieję, że pogodzić to wszystko będzie nieco łatwiej, gdy będziemy mieć za sobą większość zębów, naukę chodzenia, normalnego regularnego snu dziennego, a większość posiłków obędzie się bez udziału moich piersi.

Czy to naiwne myślenie? To okaże się może jeszcze w tym roku...

 
1 , 2
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers