Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
czwartek, 31 marca 2011
John Rambo i łzy tęsknoty

Niezbyt ostrożna zmiana pozycji z siedzącej na leżącą zakończyła się bliskim spotkaniem z ławą i pierwszym guzem na głowie. Upadek w łóżeczku - pierwszym siniakiem na ręce. Tak oto nasz syn zaczyna coraz bardziej przypominać Johna Rambo. Nie tylko pod względem obrażeń na centymetr kwadratowy ciała, lecz także pod względem czystości odzienia wierzchniego. Dzięki coraz bardziej udoskonalonej wersji pełzania (z pompkowym unoszeniem się na stopach, więc chyba coraz dalej mu do raczkowania...), Radzik coraz chętniej zwiedza zakamarki mieszkania, szczególną uwagę poświęcając okolicom zmywarki, kątom pod kaloryferami, kanapą czy za lampą, wracając z tych eskapad z coraz wymyślniejszymi zdobyczami.

Zdobycze oczywiście poza bytowaniem na ubraniu mają to do siebie, że zawsze jakiś cudem zaplączą się w okolicach międzydziąsłowych. I tak Radzik ma za sobą degustację kilku różnokolorowych paprochów dywanowych, sprytnie odnalezionych okruchów ze śniadania, kilku kęsów różnego pochodzenia ulotek i gazetek promocyjnych a także - nieudaną na szczęście, bo zakończoną pomyślną interwencją rodziców - próbę pożarcia naklejki z laptopa informującej o wykorzystanym weń systemie operacyjnym...

Mamy też za sobą pierwsze łzy tęsknoty za tatusiem. Po jego wczorajszym wyjściu do pracy, Radzik ruchem gąsienicowym pospiesznie udał się do przedpokoju (co ważne - przedpokoju, w którym mnie nie było, a to duży sukces, jeśli wspomnieć, że ostatnio bezwzględnie musiałam być w każdym miejscu razem z Radkiem), gdzie pełen żalu wzrok wbił w drzwi wyjściowe i jął swój bezdenny smutek wyrażać głośnym i przeciągłym wyciem. Nie powiem - ostatnie przejawy miłości do rodziców wzruszają mnie nieskończenie, to cudowne móc sobie nieco na wyrost sądzić, że Twój potomek żywi do Ciebie jakieś wyższe uczucia.

 

10:05, luliluli
Link Komentarze (1) »
środa, 30 marca 2011
Pora na zupę

Potrawa zupełnie nie-BLW, podawana łychą, a tak dobra, że Radzik zjadł jej najwięcej w historii swojego rozszerzania diety - zupa porowa.

Zeszklony por, ziemniaki, zioła i woda - ugotować i zmiksować - ot cała filozofia. Dla nas w wersji z kosteczkami chleba mocno przysmażonymi na oliwie. Mniam. Robi się pół godziny, zjada się w minutę, bo tyle mniej więcej trwało opustoszanie garnka do zera.

Dziś powtórka z rozrywki - nie mogłam się powstrzymać:P

sobota, 26 marca 2011
Mlekoholik i piersiokarmienie

Zabawne, jak niemowlę potrafi zmieniać zdanie. Nic nie jest trwałe - to jedyny pewnik. Do niedawna Radzik traktował karmienie piersią jak karmienie. Po prostu - dostarczanie sobie jedzenia, gdy się jest głodnym. Ze zdzwinieniem czytałam o dzieciach, które uspokajało przystawienie do piersi, bo moje dziecko w złym nastroju pierś rozwścieczała do czerwoności. Pamiętam, gdy po którymś szczepieniu pani pielęgniarka poradziła, by dla wyciszenia dać małemu chwilę na ssanie - jakże się wtedy dopiero rozwrzeszczał!

Od jakiegoś czasu Radzik mocno rozciągnął sens mlekopijstwa - pierś stała się całym wszechświatem. Na dzień dobry, na dobranoc, po przebudzeniu z drzemki, na sen, w trakcie zabawy, przed zabawą, po zabawie, przed posiłkiem i po posiłku, podczas kąpieli, z radości, ze smutku, na pocieszenie, na wyciszenie, do picia i jedzenia. Odkrył też, że piersi są pod ubraniem, więc w razie nagłej potrzeby przytula się do dekoltu nawet, gdy jestem odziana w najzgrzebniejsze golfy i najrozliczniejsze warstwy.

Szalenie rozczula mnie ta chęć przytulania - bo wiem, że o przytulanie tutaj chodzi. Wystarczą dwa łyczki, żeby wróćić do wcześniejszych zajęć. Na plus idzie też nowe podejście Radzika do posilania się w miejscach publicznych - niegdyś nie do pomyślenia - potrafił przecież nie jeść nawet 6-7 godzin, jeśli uznał, że miejsce jest ku temu nieodpowiednie, bo obce. Teraz nie ma tego problemu i jeść może dosłownie wszędzie.

Najciekawszym elementem nowego sposobu piersioaktywności Radzika jest innowacyjne podejście do pozycji karmienia. Jeszcze niedawno rozbawiało mnie podpełzanie do posiłku, dziś to już całkiem spokojna wersja jedzenia. Na topie jest bowiem jedzenie w klęku podpartym, leżąc na wznak, zwisając przez mamę, w siadzie z pochyłem, na stojąco z wypiętą pupą i pochylonym tułowiem, a nawet w tej samej pozycji z dodatkiem chodzących nóg. I jak tu nie kochać karmienia piersią?

środa, 23 marca 2011
Obiad dla całej rodziny: risotto verde po mojemu

Aktualnie z powodu kataru nie czuję smaku, ale z relacji męża oraz faktu, że siostra-niejadek wzięła dokładkę, a Radzik jadł aż dopychał otwartą dłonią kawałki cukini w buzi, wiem, że wyszło smacznie.

- 1 cukinia

- 1 mały brokuł

- pół pora,

- pół cebuli

- szklanka ryżu

- szklanka bulionu/domowego rosołu

Por i cebulę zeszklić na patelni, dorzucić ryż, wymieszać, żeby wszystko się ładnie oblepiło oliwą, po chwili dodać cukinię w dużych kostkach i brokuła w małych różyczkach, wszystko chwilkę podsmażać i zalać rosołem. Przykryć i dusić tak długo, aż ryż będzie gotowy (ja robiłam taki nieco al dente i trwało to ok. kwadransa), zaglądając co jakiś czas, czy nie trzeba dolać płynu (może być jeszcze bulion, może być woda), mieszać. Na koniec obficie przyprawić (u nas: majeranek, tymianek, bazylia, zero soli, żeby było dla całej rodziny).

 

Krótka scenka o całowaniu

Tatuś wychodzi do pracy: "Radziu, dasz tacie buzi?". Radziu jak zwykle zajęty zabawą (no i nie umie dawać buzi...). "No tak, jak zawsze, nie dasz?". Bezcenna odpowiedź dziecka: "dajeee":)))

Idę o zakład, że on doskonale rozumie, co do niego mówimy, tylko udaje Greka, żeby nie wdawać się w bezsensowne dyskusje.

09:27, luliluli
Link Komentarze (1) »
Wiosenne puchacze

Wczoraj po raz pierwszy w Radzikowym życiu byliśmy na naprawdę dalekim spacerze. Wybraliśmy się z naszego lasu do centrum. Po drodze minęliśmy niezliczoną ilość wózków i ich małych pasażerów i im dalej brnęliśmy, tym bardziej zastanawiałam się, czy mamy z Radzikiem jakąś nienaturalnie gorącą krew, czy też może odczuwamy jakieś kosmiczne ciepło, którego inni nie doświadczają. Za oknem było tego pięknego dnia 15 stopni, a więc tyle, ile często bywa latem, gdy zepsuje się pogoda.

Mali pasażerowie mieli na sobie wełniane czapki z pomponami, zimowe puchowe kurteczki, buciki od kombinezonów, a nawet kombinezony (!). Część była szczelnie nakryta zimowymi kocami, część zupełnie osłonięta od ciepłego słońca śpiworkami wózkowymi... Ubrana w letni płaszcz, pchając wózek z Radzikiem odzianym w bawełnianą czapeczkę i lekką kurteczkę, ze skarpetopapciami zamiast bucików, czułam się jak przybysz z kosmosu. Ludzie - 15 stopni! O 30 więcej niż przed chwilą, gdy za oknem leżała gruba biała pokrywa. Co wtedy nosiły Wasze dzieci? Moje miało na takie dni puchową kurteczkę.

 

Tagi: wiosna zima
08:07, luliluli
Link Komentarze (6) »
wtorek, 22 marca 2011
Żeby nie było separacji, czyli jak witamy dziewiąty miesiąc

"To wycieraj się szybko i chodź do nas, żeby nie było separacji!" - powiedział mąż, zabierając Radzika z kąpieli...

W tym nastroju mija dziś ósmy miesiąc życia naszego syna. Po tygodniu choroby i wstrzelając się jak zwykle książkowo we wszelkie kalendaria rozwoju niemowląt, Radzik nabawił się strachów i leków związanych ze zniknięciem mamy z zasięgu wzroku. Tradycyjna kąpiel z tatusiem kończyła się ostatnimi czasy koszmarnym wrzaskiem, wystarczyło podmienić rodzica i wrzask ucichł. Gdziekolwiek się znajdziemy, nie mogę się od Radzika nawet na moment oddalić, bo kończy się tak samo. Ja i mleczko. Zawsze w trójkącie z Radzikiem. Nawet w wannie dostęp do mleczka być musi, choć na łyk, choć na chwilę, byle by był.

Na okoliczność ósmej miesięcznicy pokuszę się o małe podsumowanie. Jaki jest Radzik ośmiomiesięczny? Radosny, zwariowany, nauczył się śmiać jak Gargamel i chrząkać dla popisu. Nauczył się, że łatwo nas rozśmieszyć głupimy minami. Nauczył się wstawać i siadać korzystając z jakiejś podpory (choćby mnie). Pełza z prędkością światła, odpychając się jedną nogą. Rozśmiesza go opieranie się głową o ścianę. Lubi, gdy robimy do niego idiotyczne miny. Uwielbia wspólne posiłki i wszystko co wspólne. Czyta gazety - pod warunkiem, że są dzisiejsze i tata ich jeszcze nie czytał. Pasjonuje go korzystanie z laptopa, sprawnie operuje właściwościami ekranu, zawstydzając rodziców poziomem wiedzy o zmniejszaniu czcionki czy rozdzielczości, zmuszając ich do szukania pomocy u informatyków. Lubi kurczaka, najchętniej dobrze przyprawionego ziołami, a marchewkę mógłby jeść na wszystkie posiłki. Chrupkami gardzi, chyba że należą do innego dziecka. Pośród grupy dzieci sprawnie wyczuwa płeć żeńską i podstępnie nagabuje. Nie lubi dorosłych mężczyzn, potrafi nie spuścić takiego z oczu przez kwadrans, uważnie obserwując każdy ruch. Uwielbia młode kobiety, nierzadko wyciąga do nich ręce, uciekając z ramion mamy. Łamiąc konwencje sylabizowania, mówi "tla tla tla", "dej dej dej", "tśśś" "tes tes" i - z angielska - "ra ra ra", oczywiście doskonale sepleniąc.

Ostatnio zdarzają nam się coraz częściej rozmowy na temat ogromnej radości i koloru, jakich nadał naszemu życiu jego roześmiany pyszczor. Byłoby strasznie nigdy tego nie doświadczyć i nawet nie wiedzieć, co się straciło. Jak to dobrze, że zdecydowaliśmy się zostać rodzicami. Byłoby już całkiem idealnie, gdyby Radzik czasami akceptował L4...

piątek, 18 marca 2011
Przymusowo urlopowani

Po 3 dniach gorączki pokazała sie wysypka. Gorączka minęła nagle, tak samo jak się pojawiła - zanim zdążyliśmy odwiedzić lekarza. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z trzydniówką. Od niedzielnego popołudnia aż do dziś siedzieliśmy zamknięci w domu, osamotnieni tym bardziej, że mąż miał intensywny tydzień pracy i wpadał tylko na obiad i wieczorna kąpiel.

Radzik ma się dobrze, jest nieprzeciętnie zadowolony z możliwości całodziennego siedzenia na mnie. Ja mam się nieco mniej dobrze, z tego samego powodu. Łaknę wyjścia do ludzi bardziej niż wymarzonego mleka w kawie;)

Choroba to dziwny czas, gdy mama staje się na kilka dni częścią dziecka. Czas, w którym ręce taty potrafią to samo, ale z niewiadomych przyczyn nie są wystarczające. Mama, mama i mama - do spania, do jedzenia i do zabawy. Szybko okazuje się, że nie ma kiedy skorzystać z WC czy zjeść cokolwiek. Dobija fakt, że dzieciaci znajomi Cię nie odwiedzą, bo dziecko zaraża, a bezdzietni są zajęci pracą. Koszmar domowego zamknięcia.

W atmosferze wyczerpania gorączką i przylepienia do mnie, Radzik nauczył się natomiast ciekawych rzeczy - podnoszenia się do siadu i wstawania za pomocą wdrapywania się na mnie lub kanapę. Obie umiejętności wychodzą mu w tej chwili jedynie w ten sposób, na podłodze nawet nie stara się ich odtworzyć. Pełzanie też na jakiś czas odeszło w niepamięć, bo wymagałoby odejścia od mamy, a chwilowo jest to opcja nieosiągalna.

W pierwszych godzinach weekendu stanowimy z Radzikiem ciekawą parę, bez charakteryzacji moglibyśmy zagrać główne role w jakiejś komedii o niedorajdach. On - cały w czerwonych kropko-grudkach, z grymasem niezadowolenia pojawiającym się na buzi nazbyt często i przeplatającym się z miną marszczynosa. I ja - z białkami oczu w biało-czerwonym melanżu, z twarzą bladą i oddającą klimat ostatnich dni - którą mąż skomplementował pytaniem, czy czuję się tak źle jak wyglądam.

Powietrza! Snu! Ludzi!

 

poniedziałek, 14 marca 2011
Gorączka poniedziałkowej nocy

Coś mi dopadło Radzika:( Mamy za sobą bezsenną noc, podczas której co chwilę budził się z wielkim płaczem, a ja wściekałam się, bo przecież to nieludzkie jeść tyle razy w nocy... Jak się okazało ok. 3 nad ranem - nie o jedzenie chodziło:/ Synik miał ponad 38 stopni gorączki i rozpalone czoło. Czopek przeciwgorączkowy oczywiście skończył jak zazwyczaj - w pieluszce. Jakimś cudem po kilku minutach wspólnej walki z zaciśniętymi ustami Radzika udało nam się z małżonem zaaplikować kawałek syropu w miejsce nieszczęsnego czopka. Jeszcze kilka razy tej nocy (poranka?) trzeba było zrezygnować ze snu na rzecz ręcznego bujania naszego rozmarudzonego kłębka nieszczęścia. A już o 6 rano - jak zwykle ostatnio - pobudka.

A teraz - jak zwykle - trwa zgaduj-zgadula. Zęby? W końcu wciąż nie pojawił się ani jeden. Jakiś wirus? W końcu w weekend byliśmy na ślubie znajomych, gdzie bawiło sie kilkudziesięciu potencjalnych zarazicieli. A może nasza wina? Bo może 17 stopni zimą to co innego niż 17 stopni latem i trzeba było założyć jedną warstwę więcej?

Oby wszystko wyjaśniło się do wieczora. A najlepiej do obiadu, bo wieczorem -jak zwykle - nie będzie już lekarzy chętnych na wizytę domową...

I czy zawsze akurat w takie dni muszę być sama w domu?

10:36, luliluli
Link Komentarze (7) »
piątek, 11 marca 2011
Kuba rozbrajacz

Jak rozśmieszyć Radzika? Wystarczy, leżąc na łóżku, małpować jego wariactwa i na przykład po każdym fiknięciu nogami, fiknąć tak samo. Dziki śmiech przez minutę murowany.

Jak rozśmieszyć rodziców? Wystarczy zapamiętać, że bawi ich widok diabelskiej miny, polegającej na ściągnięciu brwi na podobieństwo Michała Wiśniewskiego, zmarszczeniu nosa do granic możliwości i zrobieniu miny małego szatana. Potem przy każdej próbie zwrócenia na siebie uwagi trzeba minę powtarzać, jednoczesnie doskonaląc marszczenia:)

Czasem się zastanawiam, jak bardzo nudne musiało być nasze życie zanim pojawił się Radzik!

10:11, luliluli
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers