Kupamięciowo i subiektywnie - zapiski matki z zamiłowania
RSS
wtorek, 22 listopada 2011
Cyborgini

Dziwna rzecz z tym powrotem do pracy. Niby więcej zajęć powoduje większe zmęczenie, a jednak w praktyce wyszło - jak zwykle - inaczej.

Mniej więcej od początku listopada - w prezencie z okazji mojego powrotu do pracy - Radzik wpadł w ciąg choroba-ząbkowanie. Nie muszę chyba pisać nikomu o przeciętnej choć wyobraźni, jak w takim ciągu wygląda życie nocne? Nie wygląda. Lecz każdy kto w tej chwili przywołał obraz naszych nocy, a po nim potencjalny obraz matczynej twarzy po maratonach niespania, ze szczególnym uwzględnieniem zbolałego jej wyrazu i towarzyszącego mu granatu podocznych cieni, powinien teraz ten obraz szybkim ruchem zmieść z horyzontu:)

Matka to jednak dziwnie skonstruowane urządzenie, oparte w większości na skrajnościach i przeciwieństwach, a jednak chodzi jak szwajcarski zegarek w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Otóż - wracając do przypadku matki Radzika - działa bez szwanku jak świeżo naładowany akumulator. Z cierpliwością znosi nocne horrory zębowe, senne monologi i kołderniane fikołki, a rano wita nowy dzień z niespotykanym jeszcze niedawno uśmiechem.

Jak to możliwe, że 6 godzin przerywanego po tysiąckroć snu wysypia matkę lepiej niż 8 godzin z kilkoma pobudkami? Czy można mniemać, że w związku z najnowszymi wynikami obserwacji życia domowego matka za czasów urlopu wychowawczego zwyczajnie za dużo sypiała?;)

Tagi: mama sen
11:45, luliluli
Link Komentarze (10) »
czwartek, 17 listopada 2011
Dobry żal

Przy okazji spotkania lokalnego Klubu Mam i omawianej niedawno w mediach akcji Dobry Żal, odkopałam swój żal z gruzów wczesnego macierzyństwa.

Nie musiałam kopać zbyt głęboko, bo wiele uczuć z tamtych czasów wciąż czeka na przepracowanie. Co się stało ubiegłorocznego lata? Zostałam mamą. Urodziłam dziecko.

Przeżyłam pierwszy w życiu całkowity reset.

Piszą, że zawód powoduje fakt, że prawdziwy poród rozminął się z tym oczekiwanym. Brzmi jasno, mimo że oddaje istotę rzeczy tak samo jakby napisać, że Rów Mariański to dziura w ziemi. W każdym poradniku o ciąży jest wzmianka o baby bluesie (czy tylko mnie koszmarna nazwa nasuwa skojarzenia z PMS-em i świńskimi dowcipami?). Może to ja mam problem ze zrozumieniem słowa pisanego, a może tylko słowo pisane ma problem z wiernym oddaniem rzeczywistości, ale nie spodziewałam się nigdy, że baby blues jest tak niemuzyczny. I że kurs szkoły rodzenia w obliczu realnego macierzyństwa jest jak kurs lepienia modeli dla kandydatów na pilotów.

Szok, zagubienie, utonięcie, euforia granicząca z depresją - początek mojego rodzicielstwa pełnego radości ale i płaczu, znaków zapytania. Tego mi było trzeba!

Po kilkunastu tygodniach dreptania po samym dnie najbardziej wstydliwych emocji wszystko wydaje się inne niż kiedyś. Prostsze. Im bardziej planowo i realistycznie podeszło się do rodzicielskich planów tym boleśniejszy wydawał się upadek głową w dół. Po każdym kolejnym zetknięciu z dnem, ostrożniej wchodzi się na górę.

Dobry żal, baby blues i trudy początku macierzyństwa są stworzone dla matek takich jak ja - uczą je jak normalnie żyć, pozbywając się ciężaru własnych planów, obowiązków i wymagań wobec samej siebie. Uwalniają.

Dziś patrzę na te 4 najcięższe miesiące jak na ogromny prezent od losu. Odmieniający mnie na zawsze - na lepsze. I tylko żal po tamtym dniu wciąż nie wydaje się dobry.

Tagi: mama
20:16, luliluli
Link Komentarze (16) »
piątek, 11 listopada 2011
Listopadowe wspomnienie

W dzisiejszy piękny listopadowy poranek wróciło do mnie wspomnienie sprzed dwóch lat. Dokładnie 2 lata temu o tej porze czekałam na wyrok - będę mamą czy zawiozą mnie na zabieg...

Początek naszej nowej drogi zaczął się radośnie - kreskę na teście dostrzegliśmy nad ranem, przed wyjściem do pracy, była tak blada, że nie byliśmy pewni, czy to TO. A już następnego dnia zaczęły się problemy. Być w ciąży w Polsce to jak być trędowatym, każda dolegliwość jest automatycznie łączona ze stanem błogosławionym - i tak z powodu promieniującego bólu chorej nerki trafiłam na oddział ginekologiczny, gdzie nie mogąc poruszać kończyną czekałam aż zapalenie przejdzie samo boską siłą mojej wewnętrznej energii - dla lekarzy byłam przecież potencjalną ciężarną.

Jak bardzo potencjalną, przekonałam się już podczas przyjęcia do szpitala. Ja - świeża przyszła mama, wciąż pijana hormonami szczęścia z powodu dwóch kresek na wyczekanym teście i ona - pani doktor, która zdanie "nic tu nie widzę, może pozamaciczna, ale proszę się nie martwić, TO się teraz szybko usuwa" wypowiedziała tonem zapożyczonym chyba z okienka pocztowego.

Cztery dni leżałam w szpitalu, czekając, czy TO się ujawni. Czy rzuci kotwicę tam, gdzie trzeba, czy zechce zająć się lepieniem maleńkiego serduszka, które dziś jak szalone bije pod zaplamionymi obiadem koszulkami. Co noc słyszałam jak piętro wyżej kolejne KTG wybija - dziś znany - rytm, wtedy zarezerwowany dla innych kobiet. Co dzień widziałam mamy, które po kilku tygodniach noszenia w sobie nowego życia wracały na salę same, smutne i puste - i modliłam się, by nie podzielić ich losu.

Jedenastego listopada 2009 roku spędziłam ostatnią samotną noc. Dzień później na monitorze pojawił się Radzik - maleńki jak główka szpilki - i został z nami:)

Tagi: mama
19:19, luliluli
Link Komentarze (8) »
piątek, 04 listopada 2011
Matki zapracowanej zapiski

Stało się, nie jestem już mamą udomowioną;)

Za nami trzy dni nowej wersji codzienności, ja w pracy, Radzik u babci - osobno aż do obiadu. Jest inaczej. Pierwszego dnia byłam bliska uznania, że inaczej znaczy gorzej, ale szybko zmieniłam zdanie. Nareszcie pijam gorącą kawę, jem śniadanie wtedy, kiedy mam na to ochotę, nie muszę bez względu na chęci i pogodę wychodzić na spacer;) W zamian nie robię nic, czego wagę da się choćby mniej więcej przyrównać do zbudowania pierwszej wspólnej wieży z klocków, usłyszenia po raz pierwszy w życiu jak robi kura (zdaniem Radzika), obserwowania pierwszych kroków nawet nie przywołując.

Niesamowite jak doświadczenie macierzyństwa potrafi zmienić spojrzenie na życie zawodowe. Jak mało istotne i kuriozalnie wyolbrzymione wydają mi się teraz "ścieżki kariery", "awans zawodowy", "kobiety sukcesu", utarte slogany w praktyce całkiem przyziemne i wcale nie tak kuszące, jak sugerowałoby ich doniosłe brzmienie. Ot, praca. Czy jakakolwiek kariera jest ciekawsza niż ta, która zaczyna się wraz z pojawieniem się na świecie nowego życia?

A może to tylko ja już nie umiem myśleć tymi przyziemnymi kategoriami.

Praca, bez względu na to jak na nią spojrzeć, przydaje się w kategoriach zupełnie niefinansowych. Oto okazało się, że dzięki jej posiadaniu można spuścić nieco powietrza z wentyla i zejść stopień niżej z wysokich chmur macierzyństwa. I tak z dnia na dzień kwestie niegdyś emocjonujące stają się mniej absorbujące.

Można - jak się okazuje - nie umrzeć z ciekawości, czym przez cały dzień było karmione dziecko (i czy na pewno tylko i wyłącznie zdrowo i naturalnie), ile pieluch zużyło i jak długo spało na spacerze;)

Po 15 miesiącach urlopu matczynego byłam chyba w pełni gotowa na to rozstanie. Nie rozmyślam gorączkowo, jak jest Radzikowi z babcią, nie dzwonię z pytaniami, nie płaczę po kryjomu, nic z tych rzeczy, choć sama czuję się tym faktem zaskoczona. Ot - idę do pracy, pracuję, wracam i cieszę się, że możemy spędzić ze sobą resztę dnia.

 

Za oknem listopad, a w głowie wiosennie kiełkuje mi kilka planów na nieco dalszą przyszłość. Wszystkie urodziły się dzięki narodzinom Radzika. Fajnie jest być mamą:) Nawet pracującą!

Tagi: mama praca
19:01, luliluli
Link Komentarze (6) »
luliluli@gazeta.pl Lilypie Premature Baby tickers